“Wymyślasz, przesadzasz, o co ci chodzi?” – o skutkach bycia barwnym, skomplikowanym i głębokim

Nie jest łatwo być innym.

Nie jest łatwo być barwnym i głębokim, a jeszcze trudniej jest przyznać przed samym sobą, że jest się właśnie taką osobą, Człowiek może powiedzieć to sobie we własnej głowie (bo wie, że to prawda), może szepnąć sobie nieśmiało pod nosem (bo wie, że to prawda), może nawet powiedzieć to głośno, czując się niewymownie głupio jednocześnie jednak… wiedząc, że to prawda.

Nadal jednak nie jest mu łatwo to przyswoić.

Wiem, że różnię się od większości ludzi. Czuję wszystko bardzo głęboko, widzę emocje i motywacje innych bardzo dokładnie, kiedy się nie pilnuję i zaczynam być “w pełni sobą”, ludzie unoszą niepewnie brwi, chcą być mili, chcą nawiązać relacje, ale generalnie ciężko jest im mnie zrozumieć. Inna sprawa, że mi również ciężko jest przekazać im, o co mi chodzi, bo mówię zawile, metaforycznie, mówię z poziomu, na którym funkcjonuję na co dzień, czyli z poziomu bardzo głębokiego. Staram się więc “wydobyć na powierzchnię”, zbudować taki obraz siebie który pozwoli mi wejść w relacje, zawsze jednak jest to dla mnie sztuczne.

Pisaliśmy sobie już na ten temat TUTAJ , w tym tekście natomiast skupimy się na skutkach, jakie przez całe życie unosi na swoich barkach osoba świadoma swojej barwności i głębi, zmuszona do życia wśród ludzi posiadających dokładnie te same cechy, kompletnie jednak nie mającymi do nich dostępu.

PO PIERWSZE – POCZUCIE NIENORMALNOŚCI

Używam tutaj tego słowa całkowicie świadoma jego pejoratywnego wydźwięku. Jeśli jesteś, Czytelniku, osobą podobną do mnie (czyli nieprzeciętnie wrażliwą, o typie osobowości INFJ lub podobnym skupionym wokół introwersji, intuicji i czucia) przypuszczam, że mogłeś/łaś mieć niełatwe dzieciństwo. Moje polegało na wieloletnim zastanawianiu się, czy na pewno wszystko jest ze mną w porządku. Widziałam rzeczy, o których powtarzano mi w kółko, że wcale ich nie ma (np. czyjś gniew ukryty pod maską uśmiechu, niechęć którą mi wpychano mówiąc jednocześnie, że to miłość), opisywałam samą siebie w terminach niezrozumiałych dla dorosłych wokół (nauczycielka ze szkoły podstawowej powiedziała mi raz, że powinnam nosić ze sobą słownik, żeby można mnie było zrozumieć). Skutkiem tego było wieczne osamotnienie rzecz jasna, co jednak gorsze, całkiem poważne zastanawianie się, czy coś jest ze mną nie tak. Tak często słyszałam: “Przesadzasz, wymyślasz, to się nie wydarzyło! Co ty opowiadasz!”, że całkiem poważnie rozważałam, czy mam jakiś problem. Czy na pewno jestem normalna. Przecież inni tych rzeczy nie widzą, więc może w ogóle ich nie ma?

Gdy się tak nad tym przez moment zastanowić, jest to szalenie niszczące doświadczenie. Niczego nie cenię tak, jak własnego umysłu (czyli również uczuć, głębi, intuicji), a właśnie w ów umysł nauczono mnie wątpić. Zamiast spędzić dzieciństwo i wiek nastoletni budując zaufanie do siebie, przeżywając różnorodne wloty i upadki i przez te doświadczenia dowiadując się kim jestem, spędziłam je wątpiąc w to, czy rzeczy które widzę rzeczywiście istnieją. Czując się nierealna, nierzeczywista. Próbując “naprawić” swoją inność, znormalnieć, dostosować się i nauczyć tych głupich, absurdalnych gier społecznych, które wydawały mi się tak bezsensownie sztuczne, okazały się jednak niezbędne do funkcjonowania.

Spędziłam je wątpiąc we własną racjonalność. Wątpiąc w to, czy świat który widzę (czyli ten emocjonalny, energetyczny wręcz) naprawdę istnieje. Nie ufając samej sobie.

Kiedy więc dorosłam, zamiast na ufaniu sobie, mogłam się oprzeć jedynie na schematach społecznych i układnych zwrotach (” Och, tak! Czuję się dobrze, a co u ciebie?”). W moim wykonaniu są one po dziś dzień bardzo sztuczne, plastikowe, czasem odbierane jako obelga (jakbym celowo kogoś przedrzeźniała, co nie jest nigdy prawdą). Pod nimi zaś miałam jedynie coś, czego nie znałam i wolałam nie dotykać, jak ledwie trzymającą się kupy ruderę, grożącą zawaleniem pod lada dotykiem. Wierzyłam, że jest we mnie jakaś forma szaleństwa każącego mi widzieć rzeczy, których nie ma. Spędziłam następne 10 lat obmacowując własne wnętrze, pogadując z sobą (jakbym zaprosiła samą siebie na kawę i ciasto) ucząc się ufać sobie i wierzyć temu, co mówi mi mój umysł. Teoria HSP oraz Inwentarz Osobowości MBTI okazały się tu kluczami otwierającymi moje wnętrze przede mną na nowo.

Poświęciłam 10 lat na odkopanie samej siebie! Znalezienie czegoś, co pierwotnie miałam w rękach! Co było zdrowe i naturalne. Dopiero teraz, jako dorosła osoba, jestem w stanie powiedzieć z przekonaniem, że nic nie jest ze mną nie tak, mam wspaniałe, nietypowe zalety i umysł widzący szalenie dużo. Widzący rzeczy, które naprawdę istnieją.

 

PO DRUGIE – PRZEPRASZANIE ZA TO, ŻE JESTEM

Ostatnio mój dobry kolega wylądował w szpitalu i toczył ze mną internetowe, filozoficzne dyskusje na temat ciała, zdrowia i choroby. Wiedział, że jestem osobą która chętnie w takie filozofowanie wejdzie i będzie miała do powiedzenia duuuużo mniej lub bardziej sensownych rzeczy. Nie potrafiącą się też powstrzymać przed zadawaniem filozoficznych pytań, co trzecie zdanie powtarzającą również: “Przepraszam, że piszę takie dziwne rzeczy”, “Przepraszam, że tak drążę, ale czy mogę zapytać…”, “Przepraszam, jeśli to zabrzmi głupio”. Ów kolega napisał mi razu pewnego, że nigdy nie czuje się w rozmowach ze mną dziwnie, zaczyna się czuć dziwnie dopiero gdy ja zaczynam przepraszać za to, że w rozmowach ze mną jest dziwnie. Po czym napisał jedno zdanie o… otoczeniu. Coś w stylu: “Nie wiem, Magda, w jakim otoczeniu się obracasz, ale w moim takie rozmowy nie są dziwne”.

W jakim otoczeniu się obracam.

I wtedy mnie uderzyło… z jakiego otoczenia pochodzę. Jak nauczono mnie przez całe życie przepraszać za to, kim jestem. Jak pozwolono mi żyć TYLKO jeśli będę wiecznie przepraszać za to, że jestem inna. Gdy nawet nie myślałam o przeszłości, a o moich obecnych przyjaciołach, to są to osoby, które mi powtarzają, że “dawno się do mnie przyzwyczaiły”… co jest zwrotem bardzo uroczym i mówionym ciepło, zaznacza jednak, że było i jest we mnie coś dziwnego, do czego trzeba się było przyzwyczaić.

Ale oczywiście mogłam też zbudować w przyjaciołach potrzebę powtarzania mi tego poprzez ciągłe przepraszanie.

Dzięki rozmowie z moim kolegą postanowiłam przestać przepraszać. W momencie, gdy stałam się świadoma tego, że w każdą relację wnoszę poczucie winy związane z tym, kim jestem, dotarło do mnie również, że robię to, bo zamiast opierać się na samej sobie, wciąż opieram się wyłącznie na innych (i na tych nieszczęsnych schematach społecznych). Gdy udaje mi się po prostu czuć dobrze z sobą i ufać własnemu umysłowi, poczucie winy znika. A ludzie mają swobodny wybór (do którego oczywiście mają prawo) – wziąć mnie taką, jaka jestem lub nie brać mnie wcale

 

PO TRZECIE – PROBLEM Z WYJĘZYCZENIEM SIĘ

Bycie głęboko w sobie, doświadczanie siebie na nietypowym poziomie sprawia problem również w kontakcie z osobami, które bardzo starają się nas zrozumieć. Mam to ogromne szczęście, że mam wokół siebie jedną czy dwie osoby które są gotowe poświęcić dużo czasu na wysłuchanie mnie. Problem polega na tym, że czuję siebie szalenie silnie, widzę powiązania między zdarzeniami a motywacjami, odbieram nastroje i oczekiwania innych… niewymownie więc trudno jest mi to ubrać w słowa! To przekleństwo każdego pisarza (zajmuję się pisaniem prozy), ale też generalnie każdej osoby próbującej oddać słowami coś, co dzieje się w ich wnętrzu. Spraw abstrakcyjnych nie da się opisać w pełni ponieważ są z definicji abstrakcyjne. Nieuchwytne. Można posunąć się jedynie do mniej lub bardziej zgrabnych metafor, porównań, słów które brzmią dobrze w naszej głowie, po wypowiedzeniu jednak wydają się kompletnie głupie. Co więcej, ma się pewne przemyślenia, wnioski, z którymi człowiek nie ma nawet odwagi “wyskoczyć”, bo chociaż wie, że może mieć rację, nie potrafi wyjaśnić, jak do tego doszedł.

Ta trudność z wyjęzyczeniem się, wypowiedzeniem dokładnie, o co mi chodzi, skomunikowaniem się z ludźmi, którzy są dla mnie ważni i przekazaniem im prawdy o sobie, o tym, co dzieje się we mnie… powoduje, że odczuwam wieczny niedosyt. Niemożność ukazania siebie w pełni, a więc też niemożność bycia widzianą w pełni. Język jest przecież narzędziem KOMUNIKACJI. Jest potrzebny. Niezbędny by czuć się częścią świata. Ja czuję się… trochę od niego oderwana, bo nie potrafię się w pełni z nim skomunikować.

Wiem, że tak naprawdę jest to wewnętrzne dręczenie, które przeżywają wszyscy ludzie (każdy ma poczucie, że nie potrafi opowiedzieć niektórych spraw tak, by zostały w pełni zrozumiane), dla osób jednak bardziej siebie świadomych jest ono po prostu… bardziej świadome.

 

I WRESZCIE PO CZWARTE – OSAMOTNIENIE

Wiem, że stan osamotnienia jest znany tak naprawdę wszystkim ludziom. Jednak ten rodzaj samotności, którego doświadcza się od dzieciństwa, wynikający po prostu z różnienia się od otaczającego cię świata… to jest trochę inna rzecz. Tak, wchodzi w to element: “Nikt mnie nie rozumie”, ale jest też w tym bardziej (dla mnie obecnie) niepokojące stwierdzenie: “Ja nie rozumiem świata”.

Dorośli ludzie wylewający na mnie żale sprzed lat z którymi nie mam nic wspólnego, kobiety sugerujące mi, że w mojej naturalnej twarzy jest coś obrażającego innych (“powinnaś nosić makijaż”) jednocześnie przecież mówiące to o sobie samych, mężczyźni usprawiedliwiający swoje seksualne napaści (skoro nosisz taką bluzkę, sama chcesz, by ci w dekolt zaglądać) i wiele kobiet kiwających na to głową z aprobatą…

Czytelniku drogi, wiem, że te przykłady wydają się głupie, mi samej wydają się głupie. Ale po prostu… codziennie spotykam mnóstwo sytuacji, na które już nie reaguję złością czy bólem, nawet nie smutkiem. Jedynie… zdziwieniem. Poczuciem takiego zdystansowanego szoku, coraz bardziej oddzielającego mnie od świata ludzi. Świata, którego nie rozumiem.

Po prostu – nie rozumiem.

Mam ogromną nadzieję, że uda mi się znaleźć do niego drogę. Że ten dystans zacznie się zmniejszać, a poczucie osamotnienia zniknie, gdy znajdę takie miejsce, w którym zostanę zrozumiana i które również będę rozumiała. Miejsce zapełnione przez ludzi podobnych do mnie.

Czego sobie oraz Tobie, wytrwały Czytelniku, z serca życzę.

2 thoughts on ““Wymyślasz, przesadzasz, o co ci chodzi?” – o skutkach bycia barwnym, skomplikowanym i głębokim

  1. Też mam problem z wypowiadaniem się, często wydaje mi się, że jestem w stanie przedstawić to co czuję, ale jak przychodzi do wysławiania się to jest całkiem inaczej, tak jakby to było totalnie niemożliwe, słów brakuje. I wtedy muszę tylko zaakceptować to, że niestety musi to pozostać w moim wnętrzu ;). Z tym poczuciem nienormalności to u mnie jest tak, że wiele rzeczy odbieram intuicyjnie i czasem ich nie sprawdzam czy rzeczywiście takimi są i dlatego często nie wiem czy to moje wyolbrzymianie czy faktycznie tak jest, dopiero jak ktoś mi powie, że wyolbrzymiam albo dziwnie się patrzy tak jakby mi nie wierzył to się zastanawiam czy faktycznie tak było czy tylko tak mi się zdawało. No i także spotkałam się ze zdaniem, że się już do mnie przyzwyczaili. Ale są osoby, które się nie przyzwyczaili i obgadują za plecami bo czasami mam w zwyczaju coś powiedzieć co jasno czuję, ale niektórym się to nie podoba. Dziękuje za ten post, bo bardzo trafnie to przedstawiłaś, że jednym zdaniem mogłabym to podsumować “Mam tak samo jak Ty.”:), ale byłoby to za banalnie jak dla mnie i dlatego takie rozwinięcie. Pozdrawiam 😉

    1. Hej Magda 🙂
      Tak mi się ciepło zrobiło, jak czytałam Twój komentarz 🙂 A zdanie “Mam tak samo jak Ty” to zawsze dla mnie brzmi z melodią ze starej piosenki Niemena… 🙂 Tak, mamy podobnie, znam ten stan zastanawiania się, czy coś wydarzyło się naprawdę (w sensie np. czy ktoś naprawdę poczuł to, co od niego wyczułam, czy słusznie czuję się zraniona lub zagrożona itp) czy tylko mi się wydaje. Powoli, powoli nauczyłam się ufać swojej intuicji, bo zawsze okazywało się przy bliższej obserwacji, że jednak mam rację w tym, co widzę. Znam te miny innych ludzi – uniesione brwi, spojrzenie pełne niedowierzania – i czasem żałuję, że się tak od nich różnię. Ale wtedy nie odczuwałabym też tak silnie pięknych, cudownych rzeczy… I nie mogłabym wspierać innych osób podobnych do mnie tym blogiem 🙂 Cieszę się, że wpis troszkę Cię wsparł, pozdrawiam serdecznie!

Leave a Reply