“Wybieram to życie, w tym właśnie ciele” – o decyzji, by żyć i przyjmować dobra ze świata

Czasem ktoś powie, że jest już za stary na zaczynanie od nowa. Obawiamy się, co powie rodzina, co pomyślą znajomi i czy przypadkiem ktoś “teoretycznie życzliwy” nie roześmieje się pod nosem. Tymczasem nigdy nie jest się za starym na to, by być trochę szczęśliwszym. A wszyscy w nas wątpiący… niech zatrzymają swoje przekonania dla siebie.

Myślę, że jeszcze większy niepokój można odczuwać na myśl o tym, że człowiek zacznie, rzeczywiście zmieni coś, odważy się, zaryzykuje… ale po prostu mu się nie uda, jak to czasem w życiu bywa. Wtedy wszyscy ci, którzy przyglądają się z boku gdzieś tam wewnętrznie zaniepokojeni, że jednak można coś zmienić na lepsze i oni też byliby w stanie… mogą odetchnąć z ulgą, pokiwać głową w wyrazie lekkiego politowania, bo przecież wiedzieli. Nie da się. I TY, człowieku, też powinieneś był wiedzieć.

Największy jednak lęk napełnia nas gdy weźmiemy pod uwagę… że jednak odniesiemy sukces. Bo co wtedy? Wtedy musielibyśmy zmienić cały swój świat. A nic nie przeraża człowieka tak, jak zmiana.

Jeszcze nie wiem, jak daleko przeprowadzę swoją zmianę. Na pewno publikacja gdziekolwiek w internecie mojego zdjęcia jest już ogromnym krokiem w stronę, w którą nigdy nie wierzyłam, że pójdę. Nigdy wcześniej nie opublikowałam nigdzie swojego zdjęcia. Parę lat temu miałam nawet spięcie z pracodawcą który zamieścił wizerunek obrazu mojego ciała na facebooku bez pytania mnie o zgodę. Uważałam (i nadal, zresztą, uważam), że to prawo należy tylko do mnie. Teraz jednak jestem gotowa… chyba… by zaistnieć. I mam na myśli nie tylko bloga.

Co więcej, powróciło do mnie pytanie od którego niejako rozpoczęła się cała moja droga wieeeele lat temu i teraz, nagle, znalazłam na nie odpowiedź w książce, którą miałam nie wiem nawet, skąd i którą ostatnio otworzyłam, ot, z braku czegoś do czytania. Widzisz, Czytelniku, pamiętam, że kiedy wiele lat temu rozpoczynałam swoją wagabundową wędrówkę w poszukiwaniu siebie, pracowałam z terapeutką. Taką zresztą kolejność polecałabym każdemu. Po pewnym czasie można kierować swoim procesem samodzielnie, na początku przydaje się wsparcie. Jak jednak znaleźć dobrego terapeutę? To już dłuuugi, osobny temat.

Pierwszym problemem, na który natknęłam się lata temu z moją terapeutką było moje pytanie, CZY JA W OGÓLE JESTEM ŻYWA. W tej chwili nawet już nie pamiętam, skąd się we mnie taka dziwna wątpliwość wzięła. Mam jednak obecnie 35 lat i wcale mnie jakoś nie zaskakuje stwierdzenie, że generalnie czuję, że gdzieś tam jeszcze nie zaczęłam żyć. I to nie w sensie metaforycznym, nie w rozumieniu poetycko – przenośnym. Mam wrażenie, że nigdy tak naprawdę nie przejęłam na własność swojego ciała. Nie “zamieszkałam” w nim jako w należącym tylko do mnie bez poczucia winy czy wstydu, unosząc się raczej w świecie umysłu, emocji, wyobraźni. Dotykając siebie tylko na tyle, na ile było to niezbędne, by przetrwać. Każdy cudzy dotyk zaś był dla mnie “za mocny”, co potrafiłam sobie doskonale wytłumaczyć wysoką wrażliwością. Teraz jednak myślę, że po prostu świat był dla mnie nie tyle “za intensywny”, ile… za realny.

Po dłuugiej i wielościeżkowej pracy doszłam obecnie do punktu, w którym podjęłam decyzję. Postanowiłam zacząć żyć. Fizycznie. W swoim ciele. Ciesząc się nim każdego dnia. Nie obchodzi mnie, ile mam lat, lżej mi też, gdy przestanę myśleć o czasie, który spędziłam w podróży. Nie zastanawiam się również, do czego mam dojść, bo takie myśli tylko powstrzymałyby mnie w drodze. Żyję więc. Na nowo. A dokładniej mówiąc, niejako… po raz pierwszy.

Okazuje się też, że zbyt kocham tego bloga, by się z nim rozstać. To uczucie, jakie żywię do Cichej Lawiny jest prawdziwe. Kocham to miejsce. I chcę, by zostało. Mam też w sobie ocean dobrych myśli i ciepłych, przyjacielskich uczuć do Ciebie Czytelniku, kimkolwiek jesteś Ty, który/a czytasz te słowa.

Myślę, że tematy poruszane tutaj nieco się zmienią, nadal jednak, tak, jak od początku, będą dotyczyć dbania o siebie, drogi w kierunku zdrowszego, spokojniejszego, bardziej sytego życia. Tematy być może ulegną zmianie, ponieważ jestem w stanie pisać wyłącznie o tym, czego sama doświadczam. To wszystko… to tylko (albo aż) osobiste przeżycia i wnioski sprawdzone w życiu. Nie tyle fakty więc… ile doświadczona przeze mnie prawda. Wzbogacona wszystkim tym, czego z najróżniejszych źródeł uczę się po drodze.

Mam obecnie tylko jeden problem i zastanawiam się, Czytelniku, czy może Ty masz dla mnie jakąś radę? Bardzo nie chcę, by na tym blogu pojawiały się reklamy. Ogromną też przyjemność daje mi sam fakt, że komuś moje pisanie pomaga zwłaszcza, gdy dostanę jakikolwiek tego dowód (email, komentarz itp). Jestem za to za każdym razem bardzo wdzięczna i niektóre słowa Czytelników pamiętam potem przez lata. Jednocześnie jednak płacę za hosting, za domenę i obecnie jestem na takim etapie życia, że jest to dla mnie sporym wyzwaniem. Również zaangażowanie czasu w regularne pisanie jest tak naprawdę poświęceniem swojego najcenniejszego skarbu – czasu właśnie. Przerzucenie wpisów na “bezpłatnego” bloga wiązałoby się tylko z tym, że ktoś będzie zarabiał na moim pisaniu za mnie. Nie potrafię jednak wymyślić żadnego sensownego sposobu, jak dawać światu siebie i jednocześnie potrafić przyjąć coś w zamian? I też CO mogłabym przyjąć w zamian? To miejsce musi być spokojne, musi być powszechnie dostępne, ma być formą prezentu!

Po raz pierwszy w życiu czuję się jednak gotowa, by nie tylko dawać światu, ale też od niego przyjmować. Czytelniku, nie wyobrażam sobie, żeby te wpisy miałyby być jakkolwiek płatne. Nie po to je tworzę. Wiem też po sobie, że gdy przeglądam strony internetowe, mam włączonego ad blocka, a gdy jakaś strona nie daje mi przez to dostępu, czuję się wręcz wkurzona i postanawiam tam nie wracać, bo uważam, że te treści powinny być dla mnie bezpłatne. O co jednak można poprosić w zamian? Jak rozwiązać ten problem? Bo jednak częścią zdrowienia JEST właśnie GOTOWOŚĆ DO PRZYJMOWANIA ZE ŚWIATA.

Te myśli pojawiły się we mnie po raz pierwszy, gdy po mojej decyzji o usunięciu wszystkich poprzednich wpisów zaczęły do mnie napływać prośby o udostępnienie ich np. w formie pliku PDF. Uświadomiłam sobie, że przecież mogłabym to zrobić, ale taki plik to byłby jak kawałek mojej duszy. Przecież opisywałam przez lata czystą prawdę o samej sobie, swoich przemyśleniach i wnioskach. Jednocześnie zaś bardzo chciałam dać te myśli osobom, którym mogłyby choć odrobinkę pomóc… ale fakt, że te moje myśli mogłyby po prostu u kogoś leżeć budził we mnie uczucie dania czegoś ogromnego bez wymiany za coś innego… a z drugiej strony, czy takie moje wynurzenia są tak naprawdę aż takie wartościowe? No ale jeśli pomagają… i tak dalej, i tak dalej… i miotałam się, kompletnie nie wiedząc, co zrobić.

Jedna osoba napisała mi jednak w mailu coś innego. Podziękowała za bloga. I dodała. “Dałaś coś z siebie światu. Teraz pora, by świat dał ci coś w zamian.”. Chciałabym bardzo tej osobie podziękować, bo te słowa uderzyły we mnie jak… nie taka cicha lawina 🙂 Po raz pierwszy w życiu zaczęłam się zastanawiać, dlaczego jest dla mnie oczywiste, że mam dawać, a nie dostawać? Dlaczego dla tak wielu z nas, zwłaszcza w tym kraju, jest czymś naturalnym, że każdego dnia wypruwa się sobie żyły? Nie mówię tu już, absolutnie, o pisaniu bloga! Mówię o większej filozofii życia. Trudno jest przyjmować. Trudno jest dać sobie do tego prawo. Tym bardziej, gdy nie wie się nawet, CO by się chciało przyjąć.

Jeśli , Czytelniku drogi, masz jakieś własne doświadczenia czy przemyślenia, jak ten swój konflikt wewnętrzny rozwiązać, daj proszę znać. Cicha Lawina zostaje, spokojna, wspierająca i bezpłatna. Te treści mają być powszechnie dostępne dla tych osób, którym mogą pomóc. Jeśli jednak przyjdzie Ci na myśl, o co mogłabym poprosić w zamian… daj znać. Jeśli jesteś jedną z osób, które zwracały się do mnie z prośbą o zebranie starszych wpisów w formie pliku pdf, to gdyby wpadło Ci do głowy, na co mógłbyś się ze mną za taki plik wymienić, napisz koniecznie! Każdy pomysł będzie cenny!

Zdaję sobie sprawę, że ten artykuł może wzbudzić w niektórych osobach nieprzyjemne uczucia. Myślę jednak, że takie poszukiwanie, za co wymienić kawałek dany z siebie jest częścią mojego zdrowienia. Bardzo się boję, że wzbudzi w Tobie, Czytelniku, niechęć (bo jakim prawem ona się czegoś domaga!), a więc jednocześnie jest jakimś aktem odwagi. Mam nadzieję, że zamiast tego wzbudzi jakąś formę inspiracji. Myślę też, że niektóre osoby mogą być ciekawe, w którą stronę taką sytuację, jak moja da się rozwiązać. Wielu z nas nie widzi w ogóle możliwości, by znaleźć w swoim życiu przestrzeń na branie. Przyjmowanie. Zwłaszcza, gdy mowa o jakiejś działalności artystycznej czy rękodzielniczej. Ja jednak podjęłam decyzję i zaczynam żyć. Po raz pierwszy w życiu szanować swoje ciało. Odczuwam konieczność zadbania o nie. Zadbania o siebie. Przyjmowania. Cieszenia się wszystkim dookoła. Jest to nader piękne uczucie.

Cicha Lawina zostaje. Tu obecna, powszechnie dostępna i bezpłatna. Bo ma być dalszym zapisem takiej drogi, która może kogoś odrobinkę wesprze w jego własnych poszukiwaniach? Może odrobinę pomoże? Za każdym razem, gdy zabieram się do pisania tekstu czy do robienia zdjęć (bo wszystkie też są mojego autorstwa), zawiązuję gdzieś na tych elektronicznych bitach i bajtach supełki dobrej intencji, by kogoś wsparło. Wzmocniło. Może pomogło znaleźć jedną, nową myśl, która pchnie wewnętrzny rozwój dalej? I bardzo, bardzo się staram, by wygląd i forma każdego wpisu wspierała ten cel właśnie.

Czy jednak byłabym gotowa przyjąć coś w zamian? A jeśli tak, to co? Domowej roboty ciasto? Pieniądze od jakiejś firmy, która umieści tu swoją reklamę, a ja będę miała nadzieję, że czytelnik to zaakceptuje? Coś przesłane w formie dobrowolnego wsparcia, np. patronatu? Myślę, że te pytania wywołują we mnie kolejną cichą lawinę. Nie wiem, dokąd mnie zaprowadzi. Ale przyznaję, Czytelniku drogi, po raz pierwszy w życiu odczuwam ogromną EKSCYTACJĘ na myśl o tym, żeby się dowiedzieć. Jestem gotowa żyć. Przyjmować. Wymieniać dobra. Dawać i brać. Oddychać i podejmować decyzje nawet takie, które mogą nie spodobać się innym, ale są formą zadbania o siebie. I nawet nie przeraża mnie to, że upadnę. Jeśli tak, to trudno! To nie jest takie ważne! Po prostu bardzo, bardzo cieszę się, że żyję! Bo prowadziła do tego szalenie długa droga… i jeszcze nie dobiegła końca.

Czytelniku, dziękuję Ci, że tu ze mną jesteś. Bo tak, jak się cieszę, że żyję ja, moje życie jest jeszcze pełniejsze dzięki temu, że żyjesz Ty.

 

 

Leave a Reply