“Wiesz, czasem siebie nie rozumiem” – o byciu człowiekiem

Czytelniku drogi, powiedzmy sobie szczerze.

Wszyscy mamy z sobą jakieś problemy.

Wszyscy.

Jakiś rok temu wybrałam się z koleżanką na spacer. Wydobyłyśmy gdzieś spod listopadowych liści jeden w miarę słoneczny i ciepły dzień i przeszłyśmy się do parku. Gdy zaczęłyśmy iść, na moment zamotałyśmy się, bo ja mam swoją ulubioną stronę po której lubię chodzić (w sensie lubię mieć kogoś po swojej lewej stronie) i wirowałyśmy trochę w kółko próbując ustalić, co i jak. Potem postanowiłyśmy pójść na kawę, a ponieważ Costa była najbliżej, więc rzuciłam: “Chodźmy do Costy” i odruchowo zaczęłam kierować się w tamtą stronę. Idziemy, a ja czuję swoim wysoce wrażliwym umysłem, że atmosfera się zmieniła, coś jest nie tak. Moja koleżanka nagle, ni z tego ni z owego, zatrzymuje się i decyduje, że pójdziemy do Nero. Wie, że w Nero jest dla mnie za głośno, zwłaszcza w tym, które było najbliżej. Wie też, że bliżej są dwie czy trzy jeszcze inne kawiarnie, w których bywałyśmy. Nie czeka na mnie, tylko skręca w lewo zamiast w prawo i… idzie przed siebie. Gdyby ta sytuacja wydarzyła się teraz, pewnie zareagowałabym inaczej. Rok temu byłam w środku wygrzebywania się spod swojej lawiny (czyli traumy) i poszłam za nią zastanawiając się, co się tak naprawdę wydarzyło i dlaczego. Idę, atmosfera napięta. Ja czuję się winna, bo dochodzę do wniosku, że popełniłam okropną zbrodnię (nie wiem, jaką), od razu zaczynam się katować, bo też jak śmiałam popełnić taką zbrodnię (nie wiem, jaką). Po czym dochodzę do wniosku, że nie zrobiłam nic złego, więc niepotrzebnie tak się przejmuję, więc zaczynam jeszcze bardziej siebie katować, by ukarać się za to, że tak się katuję! Potem uznałam, że jestem potworem, który chciał przymusić kogoś do pójścia  gdzieś bez uszanowania jego decyzji! Pamiętam też, że kilka razy rzuciłam cicho, że nie lubię Nero, bo jest tam dla mnie za głośno, ale ponieważ moja koleżanka nie zareagowała, poczułam, że nie istnieję. Moje potrzeby nie mają wartości. Mnie samej nie ma.

Później zrozumiałam oczywiście, że moja zbrodnia polegała na bezwiednym zaproponowaniu kawiarni bez dostatecznego podkreślenia tonem głosu pytajnika (w sensie, że to tylko propozycja, a nie decyzja). Bez spytania najpierw, czy Costa byłaby ok (bo wtedy na pewno by była). Z czasem nauczyłam się, jak rozmawiać z moją koleżanką, by przypadkiem nie zadrasnąć jej wiecznie niepewnego poczucia własnej ważności. Nie tyle wartości, ile ważności. Ludzie czujący się nieważni często reagują potrzebą czucia się odrobinkę lepszym. Niedużo. Na przykład na tyle, by decydować, do której pójdzie się kawiarni. Jest to nader męcząca gra, związana na przykład z drobiazgami typu nieschodzenia komuś z drogi czy wiecznego spóźniania się tak, by druga osoba czekała. Ja z kolei, z tą moją wrażliwością i wiecznie niepełną pewnością, czy na pewno mam prawo istnieć i o coś poprosić, nie potrafiłam jak człowiek zaznaczyć, że dane miejsce jest dla mnie za głośne i zawalczyć o swoje potrzeby.

Co więcej, proszę bardzo, dzisiaj nie czuję się już zasypana swoją lawiną (traumą), a sytuację sprzed ponad roku pamiętam doskonale, każde towarzyszące jej uczucie nadal jest we mnie i wzbudza niesmak.

Wszyscy mamy z sobą jakieś problemy.

Wszyscy.

Żyjąc… nie da się ich generalnie uniknąć.

Możliwe, że pozwalam tu sobie na zbyt duże uogólnienia, wypowiadając się tak bezpardonowo o całym świecie, może są na tym naszym, pięknym globie ludzie, którzy rozumieją siebie dokładnie w takim stopniu, w jakim by chcieli, mają pod kontrolą wszystkie emocje, nigdy nie zrobili niczego głupiego ani nikogo nie skrzywdzili i każde ich zachowanie, zarówno w stosunku do samych siebie, jak i w relacji, było zawsze w pełni zdrowe i słuszne. Ludzie, którzy nigdy nie zamotali się umawiając z kimś w kawiarni.

Pomijając już to, jak trudno byłoby obiektywnie ocenić takie rzeczy (pozwoliłabym sobie nawet na stwierdzenie, że jest to niemożliwe), takiego człowieka jak żyję nie spotkałam. Mówiąc prościej… nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek usłyszała z czyichś ust szczere stwierdzenie, że jest i zawsze był z sobą całkowicie szczęśliwy i poukładany. Wszyscy mamy jakieś problemy. Tak to już po prostu jest. Powiedziałabym nawet, że w skomplikowaniu ludzkiej natury leży dużo piękna bycia człowiekiem.

Ja czasem mam wrażenie, że pod moją czaszką płoną rozpalone węgle, często ilość uczuć, myśli, wrażeń, pomysłów, lęków, wzdrygnięć, żali do siebie i do świata, blokad i zmęczeń tak się we mnie miesza i kotłuje, że nie śpię do czwartej rano, przewracając się z boku na bok. Z pewnością wpływ na to ma moja wysoka wrażliwość, z pewnością historia życia związana z zimnymi doświadczeniami… ale też po prostu taka jestem. Mam swoje wady i zalety, rzeczy, które w sobie lubię i których nie cierpię. Jestem sobą. Człowiekiem. Udało mi się poukładać swoje wnętrze w wystarczającym stopniu i czuję się z sobą całkiem dobrze. Bycie mną stało się przygodą. Pełną zwrotów akcji.

Jak mi dosadnie powiedziała jakiś czas temu inna koleżanka: “Magda, my wszyscy mamy trochę narąbane, nie wiedziałaś?”

Czytelniku drogi, nie zrozum mnie źle. Absolutnie nie mam na myśli tego, że należy w takim razie usiąść z założonymi rękami i powiedzieć: “No cóż, taki/taka jestem, bierzcie mnie albo nie”. Granie z ludźmi w gry w postaci: “Ja się zawsze spóźnię, żebyśmy obydwie miały jasność, kto na kogo powinien czekać, nie długo, tylko tyle, bym się upewniła, że nie jestem przez ciebie ignorowana” nie są uczciwe. Nie są fair. Przelewanie na kogoś swoich uczuć czy doświadczeń z przeszłości nie jest fair.

Wierzę, że wszyscy odpowiadamy za to, co mówimy, co robimy… nie możemy co prawda tak w pełni wpłynąć na to, co czujemy, ale jak najbardziej od nas tylko zależy, CO z tymi uczuciami zrobimy. Bierzemy za nie ODPOWIEDZIALNOŚĆ. Za siebie… oraz, Czytelniku, co bywa szalenie trudne… za swoją historię. Tak. Nawet, jeśli jest traumatyczna. Gdy raz weźmiemy za nią odpowiedzialność (nie my w niej zawiniliśmy, ale my jako dorośli ludzie musimy zapanować nad własnymi wspomnieniami) nagle znajdujemy siłę, by ją unieść. Łatwo się mówi, trudniej się robi… ale zrobić się da. Może nie perfekcyjnie. Ale myślę, że często da się na tyle, by żyło się spokojniej.

Dla mnie praca nad sobą jest drogą do wolności. Do poczucia dumy, godności, siły i satysfakcji. Czasem siedzę sobie i myślę, jak ogromny potencjał ma każdy człowiek… i zachwyca mnie to. A czasem jestem ludźmi (i sobą) tak rozczarowana, że mam wszystkich dość.

Nie chodzi więc o to, by pozwalać sobie ranić innych lub samego siebie (co zawsze lubimy najbardziej) tłumacząc to swoją historią czy tym, że “po prostu tak mam”. Nie chodzi też o to, ignorować swoje uczucia, bo to jest na dłuższą metę niewykonalne. Widzisz, drogi Czytelniku, w tym całym zamotanym wpisie chciałam Ci powiedzieć, ze moim zdaniem nie ma jednej drogi do zdrowia. Ani, tak naprawdę, jednego idealnego wzorca. Jestem z wykształcenia psychologiem (tak, tak, jak “starzy” czytelnicy bloga być może pamiętają, wolę słowo “psychologą”). Osobą wysoce wrażliwą, empatą, kimś, kto wiecznie rozmyśla i filozofuje i najbardziej na świecie ceni ludzi. I teraz, po zakończeniu jakiejś części swojej walki, nareszcie rozumiem, że ludzie po prostu są różni.

Jest to niby banał, ale w naszym kraju brzmi zaskakująco oryginalnie, bo wiele osób pragnęłoby narzucić innym swój jedyny właściwy schemat “bycia człowiekiem”. Wiele osób chętnie mówi innym, co “powinni” i “zobacz, jakie to proste”!

Ludzie po prostu są indywidualni. Gdy to zaakceptujemy, nagle otwieramy się na ich bogatą różnorodność. Oczywiście są takie rzeczy, na które postaram się już nigdy w kontakcie nie pozwalać (jak ranienie mnie w przyjaźni czy związku, wykorzystywanie, wmanipulowywanie w poczucie winy), są takie problemy, za które osoby nimi dotknięte powinny wziąć odpowiedzialność i na pewno nie mają prawa przelewać ich na mnie.

Rozumiem też, że SĄ na tym świecie ludzie, od których chcę się trzymać z daleka, bo bywają niebezpieczni. I teraz odchodzę od nich bez najmniejszych skrupułów, by nigdy nie wrócić.

Ale zrozumiałam też, że w niektóre gry po prostu nie muszę grać. I albo ktoś się na to zgadza i zaczyna traktować mnie inaczej (co jest ok) albo odchodzi (co jest ok). Co więcej, Czytelniku, mam znajomych, którzy nakładają na mnie obraz kogoś, kim nie jestem (a przez tę moją nieszczęsną wrażliwość zawsze to zauważam)… ale jednocześnie nie ranią mnie tym. Nie robią tego celowo. Tyle, że mnie nie widzą naprawdę. Bo też, swoją drogą, ja się bardzo ze swoją “prawdą” kryję! To mój problem. Kiedyś czułam się w obowiązku na to reagować, teraz jestem w stanie z tym żyć. Bo są to znajomi, którzy mają inne wspaniałe cechy. Nie bliscy przyjaciele. I bardzo lubię z nimi wyskoczyć do kina czy na kawę. Mam znajomego z dawnych lat, który widzę, że bardzo cierpi pod skórą ale nie przelewa tego na mnie i ja też nie próbuję mu na siłę pomóc. Widzę, że jest mu trochę lżej, gdy o tym nie pogada. Mam innego, który jest bardzo fajny, ale czasem ten ból przelać próbuje i wtedy się od niego odsuwam. Gdy ma dobry dzień, możemy spędzić czas razem i jest ok. O bólu z nim nie porozmawiam, bo obecnie nie chce go sam unieść. Chce go przelać. Dopóki taki ma cel, nie mogę mu pomóc. Są wokół mnie ludzie z mniejszymi lub większymi dziwactwami, z zaletami, wadami, drażliwymi punktami, które uczę się szanować. Oczywiście najwięcej wad i dziwactw mam w swojej opinii ja sama. I tak piszę ten tekst jednocześnie mając w głowie myśl, że łatwo się mówi! Ale trzymać ludzi na zdrowy dystans już tak prosto nie jest. Zwłaszcza gdy jest się wysoce wrażliwą osobą.

Każdy z nas ma jakieś problemy. To, że ma się problemy NIE OZNACZA, że ma się mniejszą wartość. Po prostu ma się zadanie do wykonania. Tak sobie myślę, że ważne jest, by zwalczyć te trudności, które sprawiają nam lub innym w naszym otoczeniu ból. I też powstrzymują przed życiem. A resztę siebie… można przyjąć jak najpiękniejszy, indywidualny, nieporównywalny z nikim innym skarb. Media będą próbowały nas wrzucić do jednego wora i wciskać nam do gardeł jeden ideał piękna i jeden ideał konsumenta. Pracodawcy czy nauczyciele szkolni mogą próbować tego samego, bo masą rządzi się łatwiej niż gromadą indywidualności. A jednak jesteśmy indywidualni. I niedoskonali. I to jest ok. Ja zawsze będę miała swoją “ulubioną stronę” do chodzenia i zawsze będę rozgryzać emocje po najdrobniejsze, gorzkawe okruchy. Ale dochodzę do wniosku, że potrafię rozróżnić coś, co jest moim dziwactwem od czegoś, co jest problemem i sprawia, że czuję się chora. Dziwactwa są ok. Choroba nie.

Czytelniku drogi, tego uczucia nie da się w sobie oszukać. Gdy jesteśmy gotowi stanąć przed samym sobą w prawdzie, zawsze rozpoznamy, czy coś w nas (myśl, przekonanie, wspomnienie, relacja, nasze typowe teksty, zachowania) sprawia, że czujemy się chorzy. Spróbuj, Czytelniku. Myślę, że rozpoznasz te mdłości czy ciężar, czy kwasotę czy ból głowy czy chorobliwą pustkę od razu. Nad tym warto pracować. Bo mamy prawo do zdrowia.

Chcę być zdrowa. Mogę być poplątana, niedoskonała, ale będę zdrowa. I będę żyła taką pełnią życia, jaką tylko dam radę. Nie wszystko musi być we mnie perfekcyjnie poukładane. Nie wszystko musi być zrozumiane. Ważne, by było fair wobec innych i wobec mnie samej. Wtedy z tymi moimi dziwactwami będę wreszcie po swojemu normalna.

A jaki jest Twój pomysł na własną normalność, drogi Czytelniku? 😉

Leave a Reply