“Uwaga, niosę gorący gar emocjonalny!!!” – o tym jak sobie pomóc gdy parzące emocje się wylewają

Czasem  tak bardzo chciałabym wykrzyczeć światu, że czuję po prostu za dużo.

Ale tak naprawdę za dużo.

Czasem mam wrażenie, że niosę przed sobą ogromny gar pełen wrzących emocji, wylewających się na wszystkie strony. Gdy tak wypluskują niekontrolowanie przy każdym kroku, parzą mnie w ręce, w nogi, potrafią opryskać kogoś obok. Jeśli znajdzie się ktokolwiek, kto pomoże mi przytrzymać ten gar choć przez chwilę równo, jestem mu niewymownie wdzięczna, nie widzę nawet wyraźnie, kto mi pomógł, ale wiem, że pomoc nadeszła i przez chwilę gar niesie się odrobinę znośniej.

Być może jest co coś, drogi Czytelniku, z czym potrafisz się utożsamić… być może, podobnie, jak ja, czasem chciałbyś/łabyś nie czuć nic albo przynajmniej czuć mniej. Być może zadziwia Cię, jak nieodmiennie zdumiewa mnie, że tylu ludzi idzie spokojnie przez życie, swobodnie radząc sobie ze swoimi emocjami i skupiając na codziennych sprawach.

Ja tymczasem niosę wrzący gar.

Oczywiście nie jest tak przez cały czas, czasem uczucia falują nieco spokojniej, innym razem coś pięknego zapiera mi dech w piersiach i nie zamieniłabym swojej głębi odczuwania na niczyj spokój… są jednak takie etapy mojego życia, w których po prostu niosę wrzący gar.

Myślę, Czytelniku drogi, że nie ma w tym nic złego. Myślę, że mam do tego pełne prawo, bo po prostu jestem osobą szalenie wrażliwą i siła z jaką odczuwam emocje jest moją cechą tak, jak kolor oczu. Także nigdy nie powiedziałabym, że jakkolwiek tutaj “zawiniłam”, czy że mogłabym w jakikolwiek sposób to zmienić.

Myślę jednak również, że ma to swoje konsekwencje… i że są sposoby żeby troszkę sobie pomóc.

SKUPIENIE UWAGI NA TYM, BY SIĘ NIE WYLAŁO

Taką sprawą, którą uświadomiłam sobie ostatnio (obserwując inną osobę, dźwigającą gar dokładnie tej samej wielkości, co mój) jest to, jak bardzo taki gorący gar wymusza na mnie zamknięcie się w świecie swoich własnych emocji. Jest to tak naprawdę najzdrowsza, najnaturalniejsza sprawa w świecie i absolutnie nie ma w niej niczyjej winy! Po prostu, gdy niesie się wrzący gar, człowiek musi skupić na nim całą uwagę, czuje się zagrożony, wiecznie na granicy potknięcia, bo jeśli się potknie, emocje mogą go bardzo poparzyć. Co gorsze, znad gara unosi się para, ma się w niej wiecznie zanurzoną twarz, pot spływa po czole (a tu na przykład trzeba prowadzić prezentację lub odebrać dziecko z przedszkola) i nie za dużo widać…

Gdzieś więc na pewien czas znikają inni ludzie, jak zza mgły dostrzega się ich potrzeby, może czasem znajdzie się chwilę na ich emocje ale generalnie najpierw trzeba po prostu coś zrobić z tym przeklętym garem!!! Nie da się skupić na niczym innym, człowiek ma niejako ochotę powiedzieć: “Poczekaj, zaraz mi opowiesz, co u ciebie, tylko ten gar na chwilę odstawię, tylko coś z nim zrobię, czekaj, weź przytrzymaj na moment z tej strony, o, dzięki, teraz się nie wylewa… ok. Teraz mi powiedz, co u ciebie słychać?”. Po czym chwyta się gar na powrót.

Wiem, że miałam w życiu dłuuugie okresy, kiedy zza świata swoich emocji nie byłam w stanie dostrzec w swoim otoczeniu nikogo wyraźnie. Emocje innych ludzi wlewały się po prostu do mojego gara i bełtały w nim, a ja znów musiałam skupić uwagę wyłącznie na uniesieniu tego wrzątku. Był dla mnie ważniejszy niż cokolwiek innego, niż ktokolwiek inny. Bo po prostu był zbyt niebezpieczny. Naprawdę, metafora niesionego niestabilnie wrzątku pasuje tu idealnie, NIE DA SIĘ skupić uwagi na ludziach wokół, dopóki się go nie odstawi. NIE DA SIĘ nawet okazać wdzięczności za to, że ktoś przytrzymał go na moment z którejś strony, bo po chwili musiał puścić, a gar znów stał się niestabilny.

Tak jak teraz o tym pomyślę…  sądzę, że po prostu, że mogłam przypadkiem minąć na swojej drodze szalenie wartościowych ludzi, mnóstwo wzbogacających, cennych doświadczeń, bo mogłam skupić się tylko na swoim garze.

Powtórzę raz jeszcze – patrzę wstecz i absolutnie nie widzę w tym swojej winy. Nie wybrałam sobie tego gara, jest moją cechą, jak drugi palec stopy dłuższy od pierwszego. Ale tak sobie myślę, że chciałabym w przyszłości trochę to wrzenie uspokoić. Odrobinę. Wypracować sobie takie sposoby, które pomogą mi kogoś (lub czegoś) nie przegapić.

PO PIERWSZE – WYGADANIE

Dla mnie absolutnie najcenniejsza metoda na uspokojenie wrzenia. W zeszłym tygodniu udało mi się spotkać jednocześnie z dwiema przyjaciółkami, z których jedna dopiero co wyszła za mąż. Próbowałyśmy zebrać się we trzy ponad roku! I wreszcie się udało!

A ja miałam w głowie tylko sytuację, która wydarzyła się w mojej pracy tego ranka i roztkliwiła i rozkołysała mnie emocjonalnie kompletnie. Wiem, że nasze spotkanie miało nie być długie i miało być poświęcone po prostu przyjemnemu, lekkiemu byciu w trójkę. Usiadłam jednak naprzeciwko moich przyjaciółek i powiedziałam: “Przepraszam was bardzo, ale dopóki nie wygadam się, dopóki nie opowiem wam, co się stało, nawet nie będę w stanie widzieć was wyraźnie, tak się wszystko we mnie kotłuje”. I wygadałam się, zostałam wysłuchana, wrzenie w garze uspokoiło się nieco, po czym powiedziałam: “Dziękuję, już mi lepiej. Teraz mogę po prostu cieszyć się byciem z wami”. Oczywiście nadal miałam kulmuć emocjonalny w sobie. Nie znika we mnie tak naprawdę nigdy. Potrafiłam jednak cieszyć się byciem w trójkę. Wysłuchać innych. Pocieszyć się szczerze ślubem koleżanki.

ALE wygadanie się musiało być pierwsze. Nie jest to dla mnie łatwe – pozwolić sobie tak w pełni zmonopolizować rozmowę, skupić uwagę wszystkich na sobie i swoim “przeżywaniu”. Zauważyłam jednak, że jeśli pozwolę sobie zadbać o tę swoją potrzebę w zaufanym towarzystwie, to potem potrafię powiedzieć: “Dzięki!. Lepiej mi”. I zamienić się we wdzięcznego słuchacza, naprawdę uważnie słuchającego, co się do niego mówi i potrafiącego szczerze cieszyć się z innymi.

PO DRUGIE – UŚWIADOMIENIE SOBIE, PO CO SIĘ WYGADUJĘ

Wiem, że zza parującego gara trudno jest dostrzec cokolwiek. A już tym bardziej cały świat, w którym mogą na nas czekać całkiem przyjemne doświadczenia. Wiem to, naprawdę, Czytelniku kochany, ZNAM TEN STAN!

Mam czasem tak, że wcale nie chcę tego świata oglądać i wtedy mówię o swoich emocjach po to, by w nich zatonąć. Zaanalizować je na śmierć. I to też jest ok, też jest czasem potrzebne, to dla mnie szalenie cenne mieć w swoim otoczeniu ludzi, którzy mi na to pozwolą. Zauważyłam jednak, że wtedy moje przyjaźnie mają przypływy i odpływy, jak gdyby ludzie musieli co jakiś czas odpocząć od tego mojego głębokiego przeżywania i zaczerpnąć nieco oddechu na powierzchni nawet przez parę miesięcy, co jest JAK NAJBARDZIEJ ZROZUMIAŁE. Potem wracają.

Kiedy więc, tak, jak na spotkaniu z przyjaciółkami, wiem, że moim celem jest pocieszenie się chwilą, rzeczywiście wygaduję się w inny sposób, starając się na moment uciszyć emocje, a niekoniecznie akurat w tej chwili skupiając na przeanalizowaniu ich i dogłębnym zrozumieniu każdego emocjonalnego drgnienia. I tak te analizy przeprowadzę. Później. W tej chwili moim celem jest PRZEZ CHWILĘ stanie się częścią świata. Pocieszenie spotkaniem z przyjaciółkami. Taka jasna świadomość celu pomaga.

PO TRZECIE – PISANIE

To oczywiście moja własna metoda, każdy tutaj potrzebuje sięgnąć do własnego wnętrza i sprawdzić, co mu dusza podszeptuje. Ja ostatnio doświadczyłam niebywałego stanu, gdy zaatakowały mnie tak silne emocje, że po raz pierwszy w życiu nie byłam w stanie przecisnąć słów przez gardło. Pisanie mi wtedy pomogło.

W przeszłości miałam taki etap w życiu, gdy pisałam ołówkiem i ścierałam słowa zbyt straszne, by nigdy nie zostały napisane i jednocześnie zbyt straszne, by mogły nie zostać starte. Dość długo trwał ten etap… i BARDZO mi pomógł.

W pisaniu ważne jest poczucie bezpieczeństwa, pewność, że nikt nigdy tych stron nie przeczyta (bez naszej wyraźnej zgody). Osobiście co parę lat niszczę wszystkie takie zapiski, jest to dla mnie akt bardzo oczyszczający.

Gdy moje bardzo silne emocje dotyczą konkretnej osoby, potrafię założyć osobny zeszyt na listy do niej. Piszę je bez najmniejszej potrzeby wysyłania (myślę nawet, że byłoby to niewłaściwe). To po prostu mój sposób na wylanie emocji, uspokojenie trochę tego wrzenia w garze. Bardzo mi pomaga.

PO CZWARTE – MUZYKA

To również na pewno sprawa indywidualna. Parę dni temu przeżywałam coś szalenie ciężkiego do uniesienia, nie byłam w stanie robić nic, odczuwałam jedynie ból. Do drugiej w nocy leżałam ze słuchawkami na uszach słuchając rapu, bo tylko to odrobinę mnie uspokajało. Widzisz, Czytelniku drogi, nie jestem ABSOLUTNIE fanką rapu, ale czasem w dobrym rapie bywa tak piękna rytmika skandowanych słów, że ta rytmiczność gdzieś tam mnie wewnętrznie harmonizuje. Też taka muzyczna agresywność (przecież jest to muzyka powstała w skutek potrzeby wyrażenia bardzo dużego gniewu) staje się pośrednio wyrazicielem mojej własnej wściekłości na świat.

Oczywiście nie musi być to rap. Dla Ciebie, drogi Czytacielu, nie musi być to nawet muzyka. Ale może jest taka forma sztuki, która przynosi Ci odrobinę ulgi? Dlaczego się nią nie otoczyć w trudnych chwilach? Znowu jednak – nie po to, by w niej zatonąć i przez tydzień nie wychodzić z domu, tylko po to, by móc sobie nieco uspokoić wrzenie.

I WRESZCIE PO PIĄTE – MÓWIENIE DO SIEBIE

Niech się schowają wszyscy, którzy mają ochotę spojrzeć na taką moją tendencję wzrokiem mówiącym: “Czy z tą panią coś jest nie tak?”. Czasem, gdy potrzebuję z kimś pogadać, a akurat nie mam takiej możliwości (bo na przykład spędziłam cały dzień wśród ludzi marząc o tym, by wreszcie zostać samą, a gdy wróciłam do domu, nagle chce mi się do ludzi), stawiam sobie naprzeciwko pusty fotel, sadzam w nim przyjaciółkę lub przyjaciela… i mówię.

Parę miesięcy temu straciłam w życiu szalenie cenną osobę, przez jakiś czas sadzałam ją naprzeciwko i mówiłam jej o wszystkim – co zdarzyło się tego dnia, co jadłam na śniadanie, jak jestem na nią wkurzona, jak za nią tęsknię… potem wszystko się we mnie wyczerpało. Wszystko się zamknęło. Wyobrażenie tej osoby przestało mi być potrzebne.

Takie wygadanie się potrafi mi bardzo pomóc w wylaniu nadmiaru emocji… a na dodatek nie wylewam ich na nikogo. Wylewam je przed samą sobą. Potrafię nawet czasem coś sobie mądrego powiedzieć.

SIŁA OSOBY WRAŻLIWEJ

Widzisz, Czytelniku, nie jest łatwo nieść taki wrzący gar. I nikt, kto podobnego nie niesie ZA NIC W ŚWIECIE nie zrozumie, jakiej to wymaga od nas siły, dzielności, zacięcia. Jaką walkę toczymy każdego dnia. Jednocześnie jednak, no, koniec końców, sami jesteśmy za te nasze gary odpowiedzialni. Nie prosiliśmy się o nie, ale teraz należą tylko do nas i naszym zadaniem jest je unieść. Ja czasami mam swojego dość. Chcę po prostu pocieszyć się światem. Powzruszać nim. Pobyć z kimś w prawdziwym kontakcie.

Te sposoby mi pomagają. Powiedz mi, proszę, co byś dodał do tej listy? Jakie masz własne metody na radzenie sobie w takim emocjonalnym wrzeniem? Chętnie nauczę się czegoś od Ciebie 🙂 Pozdrawiam serdecznie!

4 thoughts on ““Uwaga, niosę gorący gar emocjonalny!!!” – o tym jak sobie pomóc gdy parzące emocje się wylewają

  1. Witaj, miło znowu czytać Twoje artykuły. Niestety nie mam żadnych dobrych porad oprócz mówienia do siebie bo to ciekawa metoda i mało bolesna. Większość emocji i tak blokuję w sobie lub wylewam w gniewie na rodziców czy też ostatnio na osobach w pracy ( są nieznośni więc zasłużyli bym mógł ich zalać ) Wykorzystam pisanie jako jeden z ciekawszych form wylewania emocji może faktycznie coś poskutkuje, ale nie jest tak źle z moimi emocjami ( tak mi się wydaje ) ale prowadzenie coś w rodzaju pamiętnika czy też wylanie na papier emocji uwolni od wrzenia. Sprawdzę to.
    Życzę miłego dnia.

    1. Hej Łukaszu 🙂
      Dziękuję za napisanie, miło mi również Ciebie czytać. Tak, blokowanie emocji (jak i wylewanie na kogoś) znam doskonale… Chyba wygadanie się to taka najpowszechniejsza (i bardzo skuteczna) metoda. To zadziwiające, jak cenne jest mieć takich ludzi, przed którymi można po prostu usiąść i mówić… znajdą na to czas przynajmniej raz na jakiś czas. Ostatnio uświadamiam sobie, że jest to dla mnie jeszcze cenniejsze (bo liczba takich osób uległa skurczeniu). Czasem też staram się po prostu wylać emocje przed samą sobą, żeby nie zalegały gdzieś we mnie. Trzymam kciuki za pisanie! Mi rzeczywiście bardzo pomaga, zarówno takie prywatne… jak też i blogowe. Pozdrawiam serdecznie! Powodzenia!

      1. “…cenne jest mieć takich ludzi”. No ja właśnie sobie uświadomiłem po kilku latach samotności, że ciągnie mnie do nich bardziej niż kiedyś. Chcę wiedzieć co się u nich dzieje jakie mają problemy czy po prostu pośmiać się w miłym towarzystwie. A to jest coś nad czym ostatnio pracuję i staram się wdrożyć w życie. Fakt, faktem poprzednie moje znajomości ” przyjacielskie” i zwykłe koleżeńskie nie były jakoś bardzo kontaktowe ( nie wiem jak to napisać, ale to nie było takie specjalne, życzliwe ) Dziękuję, że trzymasz kciuki z pewnością dam radę 🙂

        1. Obydwoje damy 🙂 ja też teraz szukam takich znajomości właśnie 🙂 Trzymaj się Łukasz, powodzenia!

Leave a Reply