“To mnie zmienia” – o ryzyku poznawania świata

Jest taki temat, który mocno mnie obecnie frapuje… myślę nad nim i myślę, miotając się to w stronę jednego punktu widzenia, to z kolei w stronę zupełnie przeciwnego. I, jak na razie, za nic nie mogę zdecydować, która opinia mnie przekonuje. Zdecydowanie jednak jest to temat, nad którym WARTO się zastanowić.

Rozmawiałam ostatnio z przyjacielem o współczesnym świecie. Zatrzymaliśmy się, dość nietypowo dla nas, na dyskusji o jego niezbyt przyjemnej stronie, dla mnie osobiście bardzo “trudnej do przełknięcia” – to znaczy na polityce zarówno tej “dużej”, państwowej (czy międzynarodowej), jak i tej “małej”, na przykład polityce niektórych miejsc pracy.

Jestem HSP (Osobą Wysoce Wrażliwą) oraz INFJ (typ osobowości według testu MBTI). Wspominam o tym nie po to, by jakkolwiek “szufladkować” się przez kilkuliterowe zwroty. Wspominam o tym ponieważ te dwie informacje powiedziały mi bardzo dużo na temat tego, kim jestem oraz jak odbieram świat. Zrozumiałam, że jestem osobą nieprzeciętnie wrażliwą, analizującą każde najmniejsze zdarzenie na bardzo głębokim poziomie. Rzeczy dla innych osób mało ważne (jak np. przypadkowa rozmowa w pracy) we mnie potrafią wywołać huragan emocji, zmieniający nawet moją osobowość.

Co więcej, bycie INFJ oznacza, że bardzo przejmuję się światem dookoła mnie, bo potrafię dostrzec sznureczek konsekwencji które mogą wyniknąć z danego łańcucha zdarzeń. Widzę wszystko w szerokiej perspektywie i zauważam aspekty różnych spraw przeoczane przez innych. Najważniejsze zaś jest to, że gdy trafię na coś, co według mnie nie powinno mieć w świecie miejsca (jak np. bycie manipulowanym), pierwszym uczuciem jakie się we mnie pojawia jest SPRZECIW, a zaraz za nim myśl, że tak nie powinno być i trzeba to jakoś zmienić.

Być może w tym momencie kiwasz, Czytelniku, w zamyśleniu głową, bo jesteś trochę do mnie podobny?

Toczyliśmy więc z przyjacielem dyskusję na temat różnie rozumianej polityki i w pewnym momencie aż zatrzymałam się we własnych myślach. Zawsze dążę do prawdy, chcę widzieć wszystko w sobie jak najprawdziwiej, chcę rozumieć siebie i świat dookoła mnie na jak najgłębszym poziomie. Natomiast od świata polityki  – a może raczej powiedziałabym od świata schematów społecznych opartych na jakiejś wewnętrznej polityce – trzymam się jak najbardziej z daleka.

Jest to jedyna dziedzina mojego życia, której świadomie nie widzę. Udaję głupa. Odwracam wzrok. Popełniam “grzech” który jest na mojej prywatnej, kompletnie “niereligijnej” etycznej liście w pierwszej trójce – grzech świadomej ignorancji. Nie miałam o tym pojęcia dopóki nie zaczęłam dyskutować na ten temat z przyjacielem i nie zaczęłam rozmyślać nad samą sobą.

Tutaj jednak nastąpił najbardziej zastanawiający dla mnie moment dyskusji. Uświadomiłam sobie bowiem, że świadomie wybieram pozostanie “na zewnątrz” na przykład różnych układzików pracowych, politycznych gier toczonych w grupach ludzi (rodziny, znajomych itd), trzymam się z dala od informacji ze świata polityki, bo mam uczucie, że jakiś sposób mnie to “brudzi”. Odbiera mi pewną wewnętrzną czystość. Gdy zwierzyłam się z tych myśli mojemu przyjacielowi, usłyszałam:

“Widzenie tego, no, to mnie zmienia”.

Z pewnością mojego przyjaciela zmienia to zupełnie inaczej, niż zmieniałoby mnie, w sposób, że się tak wyrażę “nie brudzący”. Znam jednak siebie. Jestem osobą która widząc coś, nie potrafi nie wpuścić tego do środka i nie przeżyć na bardzo głębokim poziomie. Pozostaję więc na zewnątrz, zakładam klapki na oczy, aby być nadal sobą, zachować swoje (wiem, może to zabrzmi śmiesznie) “czyste człowieczeństwo”.

Z drugiej jednak strony… jak mogę wybierać taką świadomą ślepotę? Jak mogę zgadzać się na pełen nieetyczności świat i po prostu na niego nie reagować? Jak mogę się nie sprzeciwiać? Zawsze uważałam się za osobę dążącą do prawdy bez względu na to, jaka ona jest. I tak właśnie robię gdy chodzi po zrozumienie siebie samej. Co do świata jednak, gdy coś zawiśnie nade mną jak ciężki natłok ciemnych chmur – odtrącam je w inną stronę, by pozostać sobą. By nie dać się zmienić.

Tak wiele złych rzeczy dzieje się w naszej krajowej polityce, tak wiele drobnych, skandalicznych nieetyczności spotykamy codziennie w najróżniejszych relacjach. Nie potrafię za nic powiedzieć, czy zachowując tę swoją “zdystansowaną czystość” nie popełniam makabrycznego błędu? Przyznam, że czuję się wewnętrznie rozdarta. Czy osoba o ogromnej wrażliwości może po prostu “obserwować” różne rzeczy z zewnątrz i nie brać ich do siebie? Z drugiej strony – jeśli by mi się to udało… czy już przez to samo nie uległabym zmianie? Nie “poświęciłabym” jakiegoś skrawka siebie?

Tonę w wątpliwościach, czytelniku drogi, jestem w różnych grupach ludzkich widziana jako “czarna owca”, osoba pozostająca na zewnątrz, outsider i odludek, nie angażujący się. Zawsze widziałam to jako dobrą cenę za “bycie sobą”. I nadal tak uważam. Ale czy mam prawo po prostu udawać, że tych rzeczy nie ma… w tej chwili nic już nie wiem.

 

Leave a Reply