“Taka już jestem – na dobre i na złe” – o wrażliwości w kontakcie z drugim ciałem.

Tak, tak, Czytelniku Drogi, wiem, patrząc na powyższe zdjęcie można by sobie pomyśleć, co też pomidory mogą mieć wspólnego z wrażliwością, a już tym bardziej z wchodzeniem w kontakt z drugim człowiekiem…

A jednak tak to się złożyło, że mają.

Jakiś czas temu byłam na urlopie, jak to współczesne zasady urlopowania nakazują, trafiłam na grilla. Stawiłam się na miejscu koczkodanio wręcz dumna, że oto robię coś modnego i takiego na czasie, jak grillowanie na mazurskiej działce podczas słodkiego, wakacyjnego lenistwa. Otaczała mnie przepiękna przyroda, w którą po chwili wmieszał się soczysty zapach skwierczących kiełbasek, przypalających się w ten idealny deseń, zamykający gęste, mięsne soki pod prawie czarną skórką… potem zaś do owych doznań dołączyły emocje ludzi dookoła…

Ktoś się wściekał, że chleb jeszcze nie pokrojony, druga osoba skrycie irytowała się na pierwszą, że grill za późno rozpalony, a zaraz zacznie padać (fale niemej urazy na pewno sięgającej dalszych lat praktycznie uderzały o moje ciało, nie mogłam jednak nijak się z nimi skonfrontować, bo przecież nic nie zostało powiedziane głośno). Gdy spytałam ciekawie o jakiś najlepszy system nawadniania warzyw, usłyszałam pogardliwe prychnięcie, że jasne, już ktoś taki, jak ja interesuje się fizyką i hydrauliką…. potem zaś wszyscy byli już tak skrycie poszarpani tym niemówieniem wszystkiego, że zapadło owe otępiające, emocjonalne zblokowanie, które zamyka każdego w świecie jego własnych, stłumionych odczuć. Gdy przypadkiem zahaczyłam o czyjeś palce sięgając po talerz z kiełbaskami, ta osoba wręcz wzdrygnęła się, jakby przypadkowy dotyk poruszał emocjonalny ocean tak, że groził mu wylaniem poza brzeg ciała.

Wtedy, gdy kiełbaski ledwo wylądowały na grillu, zaczęło padać.

Uciekając przed rzucanymi niby od niechcenia uwagami, że przecież trzeba było zacząć piec wcześniej, ale chleb był niepokrojony, schroniłam się w tunelu, w którym rosły pomidory. Krążąc po wąskiej ścieżce rozmawiałam z nimi, że po co się tak przejmuję? Czemu muszę być tak wrażliwa i wszystko odczuwać tuż pod powierzchnią skóry, na tej wewnętrznej warstwie, która przejmuje dreszczem? Czemu nie mogę zignorować takich chwilowych ludzkich irytacji jak każdy “normalny” człowiek… i tak dalej… i tak dalej…

CZEMU? – pytałam, rozczapierzając z irytacji palce.

Jak się być może, Czytelniku Drogi, domyślasz… pomidory nie odpowiedziały.

Nagle jednak przystanęłam… i… moje myśli w jednej chwili przeskoczyły z wewnętrznych jęków i skowytów na wnikliwą obserwację warzyw, chroniąc się w niej, szukając azylu i wytchnienia i… tu pomidory odpowiedziały. Zachwyciłam się ich urokiem. Tą zgraną gamą barw, zroszoną deszczem, jędrnością pełnych owoców zwieszonych z krzewów z łagodnością i spokojem. Poczułam wręcz przez skórę ciszę panującą w tunelu, nie przerywaną, a UZUPEŁNIANĄ miarowym bębnieniem kropli o folię. Deszcz skapywał z niewielkich dziur i czasem trafiał mnie chłodną kroplą w policzek. Wciągnęłam w nozdrza bogatą woń wilgotnej ziemi i nagle… poczułam się taka szczęśliwa, że mam tę swoją wrażliwość! Że mogę odbierać świat w sposób, w jaki nigdy nie ujrzy go nawet przez mgnienie oka “normalny” człowiek!

Po deszczu opadła temperatura emocji, było już spokojnie, dowiedziałam się nawet (wśród lekko ironicznych komentarzy na temat mojej wiedzy z fizyki) jak mógłby teoretycznie działać jakiś system nawadniania.

W drodze powrotnej chłonęłam wszystkimi zmysłami (jestem przekonana, że muszę mieć ich więcej, niż pięć, taką odbierałam mnogość doznań) piękno dookolnej przyrody.

Pomyślałam sobie… że taka już jestem. Wrażliwa na dobre i na złe.

Parę dni później przeżyłam szalenie ciekawe spotkanie, które trwało od poranka do późnych godzin wieczornych i którego skutki noszę w sobie po dziś dzień, nadal pracujące w moim wnętrzu, przynoszące nowe myśli i wrażenia, wzbogacające mnie w sposób, które jeszcze nie ogarnęłam do końca i który z pewnością zmieni mnie na zawsze.

Jeden z najbogatszych, najgłębszych umysłów, z jakim miałam niebywałe szczęście spotkać się w życiu.

Podczas spotkania jednak, wśród mnogości doznań i myśli, wśród rozmów zahaczających o różnorakie poziomy rozumienia spraw, popychające mój umysł i inteligencję do pracy na, tak lubianych przeze mnie, wyższych obrotach, pojawiła się moja…

Taaaak… wrażliwość…

Wrażliwość kazała mi przyglądać się owemu męskiemu ciału obok mnie na momenty zapominając o wartości umysłu który drzemał w jego głębi. Nie chodzi o odbiór w sposób typowo romantyczny, a po prostu o danie sobie możliwości poczucia człowieka wszystkimi zmysłami, co nie zawsze jest łatwe do połączenia w głębokimi dyskusjami intelektualnymi, szalenie jednak wzbogaca odbiór drugiej osoby. To tak, jakby człowiek rozmawiał wszystkimi zmysłami jednocześnie.

Może masz, Czytelniku, towarzyszący mi w owych pomidorowych wywodach, podobne doświadczenia, gdy chcesz udzielić komuś pełnej, inteligentnej odpowiedzi (no bo przecież wiesz, że potrafisz!), gdzieś tam jednocześnie czujesz czyjś zapach, widzisz zmarszczkę na czole i drganie lewej powieki, co przypomina Ci tik kogoś tam innego, rozprasza cię to, że ktoś ma koszulę z długim rękawem (bo empatia od razu każe ci przejmować się, jak też on wytrzymuje w tym gorącu) i już, już masz odpowiedzieć, ale oto tracisz wątek, czujesz się jak idiota (lub idiotka), czym Twoja wrażliwość każe Ci przejmować się jeszcze bardziej…

I wkurzasz się na samą (samego) siebie, wrażliwość wcale jednak wtedy nie odda Ci przysługi, choćby na chwilę, o nie! Szaleje jeszcze bardziej!

Każe Ci dopytywać się, czy ta restauracja na pewno będzie ok, czy kawa smakuje, czy słońce nie razi w oczy, kiedy ta druga osoba patrzy na Ciebie spod lekko uniesionych brwi (bo przecież takie drobiazgi nie mają znaczenia). I owa nieszczęsna wrażliwość, jeśli nie otrzyma uspokajającego potwierdzenia, że druga osoba na pewno czuje się dobrze i wszystko jest na spotkaniu w porządku, będzie jeszcze po kilku dniach gnębić człowieka szarpliwie owymi pierdołami, które powinna była puścić, a nawet jeszcze lepiej, nigdy ich nie chwytać.

Jednocześnie jednak ta sama wrażliwość, jeśli dostanie odpowiedź, że tak, że ta nieszczęsna kawa jest pyszna, jeśli pogładzi się ją odrobinkę, uspokoi, weźmie się ją na poważnie… innymi słowy, jeśli się ją ZROZUMIE i da jej prawo być… potrafi napełnić człowieka głębokim szczęściem z powodu takich głupich drobiazgów właśnie i człowiek cieszy się jak durny, choć wie, że te drobiazgi nie mają znaczenia.

Tak to żyjemy ze swoją wrażliwością, ja z nią, jak dziad i baba. Na dobre i na złe.

Ale ostatnio… z coraz większym, wypracowanym po latach, zrozumieniem.

Nawet już się nie irytuję, gdy czyta książki do pierwszej nad ranem bo z nerwów nie może spać i trzyma zapalone światło…

A jak tam, Czytelniku, wygląda to u Ciebie?

 

Leave a Reply