“Tak, jestem inteligentna” – o mówieniu pozytywnych rzeczy o sobie w towarzystwie

O tak!

Zrobiłam TO!

Po raz pierwszy, a potem po raz drugi i trzeci. Aż nie mogłam uwierzyć, że udało mi się zrobić TO tyle razy w ciągu jednego dnia i to w miejscu tak publicznym…

Powiedziałam o sobie coś pozytywnego w towarzystwie.

To nawet zajmujące – obserwowanie reakcji ludzi, gdy staje się przed nimi i mówi: “Bardzo lubię swoją inteligencję”, “Nie noszę makijażu bo lubię swoją twarz bez niego”, “Lubię swój wzrost”, “Moja wrażliwość czasem doprowadza mnie do szału ale w sumie to za nic nie chciałabym być kimś innym”, “Lubię to, kim jestem”…

Bardzo często pierwsze drgnienie, które pojawia się wtedy w towarzystwie na twarzach słuchaczy to… ledwo uchwytne niezadowolenie. Taki momentaryczny, króciutki, jak kaszlnięcie dreszcz, który odczuwają wszyscy, gdy ktoś zachowa się przy nich niekulturalnie. Złamie jakąś niepisaną zasadę dobrego wychowania. Naruszy społeczne normy. Pogwałci prawa grzecznościowe. Zaraz jednak to pierwsze drgnięcie znika i słuchacze owych ordynarnych słów (na przykład: “Naprawdę lubię w sobie to, że mam duże oczy”) marszczą brwi zdezorientowani. Czują się niejako obrażeni, chociaż jednocześnie nie zostało powiedziane nic, co obrazić by ich mogło. Czują się często poniżeni chociaż żadne słowo nie było poniżające. Kompletnie nie wiedzą jak zareagować, bo wypowiedź jest przecież tak naprawdę kompletnie niewinna… tylko po prostu takich rzeczy mówić nie wypada.

Nie wypada lubić siebie w towarzystwie.

To bardzo smutne, jak się nad tym tak dokładniej zastanowić. Kulturalne jest umniejszanie odrobinkę swojej wartości, taktowna jest skromność (zwłaszcza w przypadku kobiet), w dobrym tonie jest niewychylanie się ponad przeciętność.

Myślę, że w przypadku osób które bez problemu odczytują cudze emocje (takich, jak HSP, ale też moim zdaniem również na przykład osoby o typie osobowości INFJ), które momentalnie widzą reakcje innych na swoje słowa i wkładają szalenie dużo energii w to, by inni czuli się dobrze – to zagadnienie staje się jeszcze trudniejsze. Jak zadbać o siebie, czuć się dumnym z siebie, cenić swoją własną wartość, gdy odbiera się z otoczenia mnóstwo sygnałów, że ktoś czuje się z tym źle?

Chciałabym, Czytelniku drogi, powiedzieć Ci po prostu, by być dumnym z siebie, mówić to głośno i jeśli ktoś ma z tym problem, to znaczy, że nie jest Twoim prawdziwym przyjacielem. Osobiście uważam jednak… że to nie jest do końca tak. Często ludzie naprawdę dobrze nam życzą… albo niczego nam nie życzą ale naprawdę chcą żebyśmy ich lubili i chcą wejść z nami w taką miłą, społecznie akceptowalną relację… tylko po prostu nie wiedzą, jak się zachować, gdy cieszymy się sobą. Bardzo często dynamika relacji międzyludzkich działa tak, że ja powiem coś troszkę poniżającego o sobie, ty mnie pocieszysz (i poczujesz się z sobą lepiej), po czym ty powiesz coś odrobinkę negatywnego o sobie, ja cię pocieszę (i poczuję się z sobą lepiej). I tak koło się zamyka.

W ten sposób powstają dialogi na zasadzie:

-Jaka ładna sukienka!

-To? To stara szmata. Ale ty jak ładnie wyglądasz!

-A gdzie tam! Nie wyspałam się…

Wiem, bzdurny, standardowy przykład ale tak to właśnie działa.

Osobiście nie zgadzam się już na taką “wymianę energii” (ja trochę swojej oddam, ty mnie pocieszysz i na odwrót). Po prostu się nie zgadzam. Ale też nie uważam, że osoby oczekujące ode mnie takiego trochę “autoponiżenia” nie są mi przyjazne. Po prostu inaczej nie potrafią, nie znają innego schematu… ale mogę im go pokazać.

CO MOŻNA ZROBIĆ?

Ponieważ mówienie o sobie pozytywnych rzeczy w towarzystwie jest trudne, zaczynam od myślenia o sobie w pozytywnych kategoriach. Myślenie o sobie dobrze w towarzystwie ma naprawdę ogromne znaczenie. Wiem, naprawdę wiem, że może być szalenie trudne. Często ludzie słysząc taką radę odpowiedzą: “Ale ja niczego w sobie nie lubię”. Jednak to nie jest tak do końca prawda… zawsze znajdzie się coś… moje włosy są całkiem ok, nie mam zastrzeżeń do mojej pamięci, lubię to, że potrafię rozbawić innych…

Przez same takie myśli już dokonuje się zmiany. “Wydziela się inne wibracje”. Zaczyna się bardziej cenić siebie i promieniuje się takim oczekiwaniem ze strony innych.

Osobiście pomaga mi też uświadomienie sobie, że pod względem takiego “społecznego nielubienia siebie” wszyscy jesteśmy tak naprawdę tacy sami. Kiedy pomyślę sobie, że osoba z którą rozmawiam ma identyczne trudności z mówieniem dobrych rzeczy na swój temat, czuję się z nią nieco związana. Jest mi łatwiej zrozumieć, czemu marszczy brwi, gdy powiem, że podoba mi się to, że nieźle gram na gitarze… . Kiedyś powiedziałam dokładnie te słowa koleżance, która spojrzała na mnie dziwnie.

-No co? – dodałam – nie jestem super dobra, ale nauczyłam się sama i jestem z tego dumna.  Czemu mam nie powiedzieć tego głośno?

Moja koleżanka chwilę stała bez słowa, po czym powiedziała:

-Wiesz co, masz rację. Ja się sama nauczyłam wymienić filtr w pralce i też jestem z siebie dumna.

Rozstałyśmy się w poczuciu ogromnego zadowolenia z siebie 🙂

Jest też jeszcze jedna sprawa, dla WWO szalenie trudna. Niełatwo przychodzi nam cieszyć się sobą w otoczeniu, bo bardzo silnie odbieramy cudze trudne emocje, jak więc mamy się cieszyć, jeśli ktoś obok się smuci? Tutaj, Czytelniku Drogi, mam jeszcze jedną radę, cenną, choć zdecydowanie niełatwą.

Uczę się pozwalać innym zachować swoje problemy. Może zabrzmi to strasznie,ale pozwalam innym źle myśleć o sobie i staram się nie reagować autoponiżaniem, żeby komuś było trochę lepiej. Dla osoby wysoce wrażliwej jest to jedna z najtrudniejszych rzeczy pod słońcem, bo zbyt dokładnie widzimy czyjś ból, by nie próbować czegoś z nim zrobić. W jednym z artykułów na ten temat (niestety, nie pamiętam już gdzie) przeczytałam, że naszym zadaniem jest stać na solidnym gruncie i pozwolić innym walczyć w bagnisku własnych emocji, stanowiąc drogowskaz, wyciągając rękę, gdy znajdą się blisko brzegu. Nie wchodząc jednak w te ruchome piaski samemu, bo możemy tylko utonąć. Ta metafora bardzo mi pomogła. Nie potrafię nie chcieć “ratować” innych, nawet swoim kosztem. Ale uświadomienie sobie, że wesprę ich najlepiej stojąc na solidnym gruncie i będąc takim drogowskazem, w którą stronę mają się kierować pomaga mi zaspokoić tę moją potrzebę “ratowania” i jednocześnie zadbać o siebie.

Staram się więc połączyć tę moją wrażliwość z zadbaniem o samą siebie i swoje życie. Gdy pomyślę sobie, że najbardziej mogę wesprzeć innych po prostu ciesząc się sobą, dając dobry przykład, pokazując, że nie zgadzam się na te głupie normy społeczne każące mi być troszkę niezadowoloną z siebie, gdy pamiętam, że pomagam innym najlepiej stojąc na swoim solidnym (w miarę) brzegu i pozwalając innym wywalczyć sobie drogę przez bagnisko emocji samodzielnie – gdy widzę, że to wszystko właśnie najlepiej innym i mi samej pomaga, od razu łatwiej jest mi cieszyć się sobą. I mówić o tym w miejscach publicznych 🙂

Oczywiście zawsze znajdą się osoby, które zareagują na to jakąś formą złości. To jednak też jest po prostu ich własna emocja, z którą muszą poradzić sobie samodzielnie. A ja, czy naprawdę muszę być lubiana przez każdą, ale to każdą osobę na świecie? Myślę, że nie. Myślę, że mówienie dobrych rzeczy o sobie jest swoistego rodzaju testem. Gromadzi wokół nas ludzi którzy, choć na początku niepewni, są jednak gotowi zacząć przełamywać ten bzdurny schemat. A reszta? No cóż, musi znaleźć swoją drogę przez bagnisko sama 🙂

 

 

 

Leave a Reply