Peter Levine “Uleczyć traumę” – o książce która zmieniła we mnie wszystko.

Na prośbę Czytelników wrócimy w Cichej Lawinie do tematu traumy i przypomnimy książki, o których pisaliśmy kiedyś. Mam ogromną nadzieję, że trochę pomogą. Trzymam mocno kciuki i przesyłam ciepłe myśli!

Zagadnienie “traumy” może dla osób wrażliwych być… no cóż… zbyt traumatyczne. Nie chcemy rozmyślać o strasznych rzeczach, jak katastrofy, gwałty, wojny i nic w takiej naszej niechęci nie ma dziwnego.

Okazuje się jednak, że pod pojęciem traumy kryją się nie tylko dramatyczne kataklizmy i nagłe akty przemocy. Istnieją też inne jej rodzaje. Takie, które podkradają się do nas po cichu, których doświadczamy przez lata, nawet takie, w które jesteśmy wrodzeni, tak, że ciało nie zna innego stanu, niż stan bycia w traumie właśnie i ten uważa za jedyny normalny.

Trauma jest tak naprawdę w dzisiejszym świecie częścią naszego doświadczenia. I jak najbardziej da się ją przepracować i puścić… jeśli pozwoli się ciału wyjść z niej w naturalny sposób.

Jestem psychologiem… a raczej powiedziałabym “psychologą” (bardzo lubię takie silne formy żeńskie rzeczowników 🙂  ) która przez pięć lat studiów uczyła się jak ważna jest psychika, emocje, jak dużą uwagę trzeba przywiązywać do umysłu… i nadal jak najbardziej za tym obstaję.

Peter Levine zwrócił mi jednak w tej krótkiej książce uwagę na coś innego, na to, jak ogromne znaczenie ma ciało, jego fizjologia (i jego filozofia) i jak bardzo wstrząs ciała może wpłynąć na psychikę, jeśli proces wychodzenia ze wstrząsu nie zostanie “doprowadzony do końca”. Jeśli ciało nie wróci do równowagi. Gdy zaczynałam czytać tę książkę, miałam ochotę westchnąć z niedowierzaniem, że przecież wiem, tak, gadzi mózg, pierwotne instynkty walki – ucieczki, ciało nie wie, co zrobić, gdy np. jest się dzieckiem i ma się uniemożliwione obydwie opcje (bo np. doświadczenie traumy płynie ze środowiska rodzinnego). Ciało nie może zareagować. Zatrzymuje się więc. Niby to wiem… przez 30 lat nie mogłam jednak wyjść z koszmaru traumy i dojść do stanu równowagi….

Odłożyłam więc na bok swoje westchnienia i czytałam dalej.

Zanim zmierzyłam się z traumą, byłam osobą która całe życie czuła, że “coś z nią jest nie tak”, byłam zablokowana, zatrzymana, niemogąca przeboleć jakichś dawnych spraw z dzieciństwa bez względu na to, jak dużo nad nimi pracowałam, męcząca się koszmarami, wspomnieniami, lękami, bólami… jakimś ciężarem który wydawał się nie do uniesienia. Czułam, że mam tak ogromny potencjał, ale cokolwiek próbowałam zbudować, rozpadało mi się w rękach. Nie potrafiłam nawet utrzymać mieszkania w stanie względnej czystości, co przecież, no do groma, jest do zrobienia! Inni zakładali rodziny, rozwijali kariery, a ja próbowałam dojść do porządku z własną głową! I nie mogłam! Co więcej, miałam wrażenie, że tak naprawdę nie czuję mojego ciała, choć cały czas jest napięte i analizuje wszystko non stop w poszukiwaniu zagrożenia… nie rozumiem ludzi dookoła mnie (albo raczej “nie czuję” ich sposobu myślenia) choć widzę ich i  świat w takich drobiazgach, że aż… mózg staje… jestem jak za szybą. Jestem nie do końca tutaj.

Okazuje się… że właśnie w pewnym sensie tak było. Mój mózg uległ zamrożeniu.

Nierozwiązana trauma jest formą… zamrożenia energii. W innej książce Peter Levine przywołuje tu porównanie uprawiania miłości (lubię ten starodawny zwrot, u Levine’a po angielsku “making love”) gdy już dochodzi się do szczytu… już ma nastąpić ów wybuch…. jest się już prawie, prawie tam… i gdy wyobrazimy sobie, że w tym właśnie momencie ciało ulega zbrzęknięciu, energia zamrożeniu, nie może się rozładować, nie może ujść w żadną stronę.

Gdy przemnożymy to doznanie razy tysiąc… byłoby to mniej więcej takie doświadczenie, jak traumatyczne wydarzenie w życiu, z którego ciało nie miało szansy się otrząsnąć. Levine podaje więc sposoby, jak pozwolić ciału na naturalne “otrząśnięcie się” z traumy.

Nie będę się tu głębiej na ten temat rozpisywać, jeśli, drogi/a Czytelniku/czko poczujesz, że ten temat może być “tym czymś”, zachęcam do poczytania Levine’a.

Ta książka, o której piszę tutaj, jest krótka, niepozorna… ale trzeba do niej podejść ostrożnie. Bo potrafi wywołać bardzo gwałtowne skutki.

Ta krótka książeczka… proponująca absurdalnie wręcz proste ćwiczenia… takie, do których człowiek siada z myślą “serio? Coś takiego ma mi pomóc?”… wybiła mnie ze stanu zatrzymania  z którego nie mogłam się wydostać pomimo całego doświadczenia psychologicznego i dorosłego życia spędzonego tylko nad próbami powrotu do normalności (choć czym ta normalność miałaby być, nie mam pojęcia).

Generalnie genialna idea Levine’a polega na skupieniu się NIE na traumatycznych wspomnieniach (tyle razy je przeżywałam, raz za razem, tyle już razy w życiu “przypadkiem” wynajdywałam sobie analogiczne sytuacje, powtarzające moje traumy z dzieciństwa), NIE na analizowaniu emocji, a na… przestawieniu uwagi na wrażenia ciała. Tak, by dać mu szansę przeżyć jakiś dawny wstrząs do końca. Na poziomie fizjologicznym. Tak, by organizm mógł w końcu puścić tę zamrożoną energię, która skumulowała się dawno temu,, w chwili zagrożenia, i nie rozładowała się po dziś dzień, nadal utrzymując ciało w piekle poczucia, że jest w niebezpieczeństwie, wywołując choroby, niszcząc relacje i ogólnie, życie.

Wierzę całym sercem, że organizm ludzki zawsze dąży do równowagi i jeśli tylko da mu się szansę, sam sobie ją przywróci.

Ta książka jest zgodna z tym moim przekonaniem.

Przeczytałam ją. Poświęciłam 2 tygodnie tak, by każdego dnia robić jeden krok (jest ich 12), na początku sceptycznie, po dwóch dniach jednak… wszystko we mnie wybuchło.

I wszystko we mnie ruszyło.

Mój Drogi Czytelniku i Moja Droga Czytelniczko, teraz widzę siebie z zupełnie innego punktu widzenia, choć przez długi czas trwało również w stanie kompletnego szoku, że może być tak inaczej. Nagle moje ciało wróciło do stanu równowagi. I jeszcze tej równowagi nie rozumie. Bo jest… dziwna.

Nagle czuję siebie tak, jak nie czułam nigdy. Po prostu jako człowieka. Nie potrafię tego wyjaśnić, jeśli zdarzyło Ci się, Czytelniku Drogi, przeżyć stan kompletnego wewnętrznego chaosu, gdy wszystko w ciele wydaje się chore, niepoukładane, zatrzymane w miejscu, nieczujące tak, jak “powinno”… tak właśnie wyglądało całe moje życie. Teraz jest zupełnie inaczej. Przez tę jedną, krótką książkę.

Postanowiłam napisać o niej, bo idea w niej zawarta wprost mną wstrząsnęła, jest tak prosta i pomocna. I po prostu muszę zrobić coś, by ją rozpropagować dopóki jeszcze piszę bloga.

Chciałabym jednak raz jeszcze bardzo podkreślić, by podejść do tej lektury ostrożnie. Na pewno części Czytelników książka Levine’a nie poruszy, na pewno nie wszystkim pomoże (każdy szuka swojej własnej drogi, czasem kluczem do objawienia okazuje się jedno zdanie przeczytane w jakiejś powieści, czasem coś zupełnie innego, sama sięgałam po lektury które pomogły innym, na mnie jednak nie wywarły wrażenia. Dopiero ta okazała się strzałem w dziesiątkę). Jeśli jednak poruszy… może to zrobić bardzo gwałtownie.

Mną wstrząsnęła naprawdę silnie.

Był taki etap, którego nigdy w życiu nie przeszłabym sama, zablokowałabym tę swoją traumę na powrót, by już do końca życia siedziała we mnie nierozwiązana. Nie potrafię powiedzieć, jak nieoceniony okazał się wtedy człowiek, który chory zwlókł się z łóżka i zapytawszy tylko przez telefon: “Dobra, Magda. Wiem, że nie chcesz mi robić problemu, ale ja chcę ci pomóc. Gdzie teraz jesteś?” bez śniadania zebrał się i przyjechał i siedział ze mną tak długo, jak tego potrzebowałam…  Myślę, że nigdy nie będę w stanie mu tak naprawdę wyjaśnić, jak dużo dla mnie zrobił. Może też jednak… wcale nie muszę 🙂

Myślę więc, że są takie elementy tej książki, które wymagają wsparcia kogoś, komu możemy zaufać. Ja, szczerze mówiąc, po raz pierwszy w życiu zaufałam tak naprawdę mężczyźnie. Przyjacielowi.

W moim przypadku… rozbudziła też pewne moje fizyczne problemy zdrowotne, tak “wstrząsnęła” tą moją zablokowaną energią.

Była dla mnie bardzo trudnym przeżyciem i gdybym z góry mogła ocenić wstrząs, który wywoła… zdecydowanie zadbałabym o spokojny czas 2 tygodni, a może nawet o wsparcie terapeutyczne.

Doszłam jednak do końca. I zmieniło się wszystko. Nie wiem, Czytelniku Drogi, czy zmieni się też dla Ciebie, nie wiem nawet, czy potrzebujesz, by się zmieniło 🙂 Życzę Ci gorąco i z całego serca, byś nigdy nigdy nigdy nie znalazł się wstanie traumy. Jeśli jednak czujesz, że coś jest nie tak, jakbyś żył/a w koszmarze, z którego nie możesz się otrząsnąć albo w stanie kompletnego zatrzymania, zamrożenia… może Ci pomoże?

Levine bardzo w niej podkreśla, że za każdym razem gdy doznania będą za silne trzeba natychmiast przerwać, tak naprawdę słuchać własnego ciała, bo ono wie najlepiej, jak daleko może się posunąć.

Osobiście zalecałabym spokój, łagodność, a nawet wybranie się do terapeuty, żeby przepracować ten program z kimś, kto nas wesprze. ORAZ zalecam zwrócenie uwagi na swoje fizyczne problemy zdrowotne i upewnienie się, czy nie są jakimś przeciwwskazaniem… Jeśli zaś pracujemy sami, bardzo uważne słuchanie własnego ciała i jego granic.

Nie mam pojęcia, co będzie w moim życiu dalej. Nagle czuję się kimś dla samej siebie obcym, nowym, realnym. Namacalnym.

Nadal nie mogę uwierzyć, że ten proces wychodzenia z traumy zabrał mi tyle lat… a koniec końców rozwiązanie okazało się tak proste. I jestem na siebie wściekła… i jednocześnie szczęśliwa… i nadal jeszcze rozchwiana, bo nadal przez te procesy przechodzę…

Ale najważniejsze wiem na pewno. Zrobiłam to. Udało mi się. Naprawdę to zrobiłam. Mam wrażenie, że straciłam całą swoją “pierwszą młodość” ale koniec końców… wydostałam się.

Dlatego jest oto godzina pierwsza w nocy, a ja, zamiast spać (bo jutro do pracy i jak tu pracować, gdy jest się kimś zupełnie innym, niż przedwczoraj, a praca nagle obca, nagle niepasująca) siedzę i piszę ten tekst. Bo po prostu czuję, że skoro mi ta książka przewróciła wszystko…

Może pomoże jeszcze komuś…

Jeśli jesteś, Czytelniku Kochany, kimś torturowanym przez traumę, kimś żyjącym w ciągłbym bólu, nękanym wspomnieniami, albo właśnie nieczującym emocji w ogóle, jakby wszystko było zamrożone w ciele, jakby ciało było obce, jak kosmita… przesyłam Ci mnóstwo ciepłej energii, bo doskonale Cię rozumiem. I tę Twoją niewidoczną walkę, której nie rozumie nikt, kto sam jej nie doświadcza.

Da się wygrać. Nie wiem, czy uda Ci się dzięki tej akurat lekturze, ale wiem, że dzięki jakiejś się uda. Bo da się wyjść z traumy. Naprawdę.

Na koniec zaznaczę tylko (nagle olśniło mnie, że być może powinnam), że czytałam książkę w wydaniu anglojęzycznym “Healing trauma”, jest jednak wydana po polsku, tylko po prostu nie potrafię wypowiedzieć się o tłumaczeniu. Korzystałam też z płyty z ćwiczeniami, którą również z całego serca polecam.

I tak nie śpię… bo nagle nie wiem… co dalej.

Ale się dowiem.

Mam teraz całe życie, by się dowiedzieć 🙂

 

4 thoughts on “Peter Levine “Uleczyć traumę” – o książce która zmieniła we mnie wszystko.

  1. Super widzieć Twoje postępy 😉 Dla mnie jako widza Twojej relacji na blogi to jest jeszcze większy kopniak by samemu też robić postępy w rozumieniu traum. Nie obiecuję, że sięgnę po książkę ale zawsze jakieś postępy robię w dobrą stronę. Życzę Tobie wykorzystania tego życia jeszcze lepiej z tą nabytą wiedzą i doświadczeniem 🙂

    1. Hej Łukaszu, bardzo Ci dziękuję za napisanie 🙂 Nie miałam świadomości, że ten blog daje komuś takiego pozytywnego kopniaka 🙂 Wiesz, książka to akurat coś, co do mnie trafiło, każdy szuka swojej drogi. Życzę Ci wspaniałych odkryć na Twojej! Pozdrawiam serdecznie!

    1. Tak, też to znam. Ale da się dojść do ładu, wierzę w to. Musi się dać. Zajmuje czasem dużo czasu ale na pewno się da. Trzymaj się mocno!

Leave a Reply