Miłość, szczęście…o pogubieniu w sobie – i o promyczku nadziei

BYŁ TAKI CZAS, GDY WSZYSTKO PRZEWRACAŁO MI SIĘ GŁOWIE.

Szczęście…

Spokój…

Spełnienie…

Brałam w myślowe palce te pojęcia, obracałam je na wszystkie strony i dochodziłam do wniosku, że najzwyczajniej w świecie… nie potrafię powiedzieć, co tak naprawdę dla mnie oznaczają. Niby takie to proste! Niby wszyscy do tego dążymy! Ale gdy tak przysiadłam, wzięłam kartkę papieru i spróbowałam napisać, CZEGO tak naprawdę od tych słów chcę.

No po prostu szok termiczny – bo nie miałam zielonego pojęcia.

Weźmy takie pierwsze, dla mnie podstawowe, tłukące się wewnątrz mojej czaszki od wielu lat. SZCZĘŚCIE. Pochyliłam się nad papierem i, gotowa do snucia wywodów, pośliniłam z zapamiętaniem koniec ołówka. Chcę być szczęśliwa. Ale co tak naprawdę mam na myśli? Chcę SPOKOJU, ale kiedy go znajdę – w cichym pokoju czy w otoczeniu pięciorga dzieci? Chcę SPEŁNIENIA, ale co mi je da?

Zastanowiłam się nad tym naprawdę głęboko… wykreślając na wstępie szeroką krechą wszystkie bzdury wtłaczane mi przez przemysł kosmetyczny, zabawkowy, farmaceutyczny, szkoleniowy i wszystkie inne gałęzie odwołujące się do moich najgłębszych potrzeb w celu wyciągnięcia pieniędzy. A wierz mi, Czytelniku drogi, nie było to tak oczywiste, wymagało ode mnie naprawdę świadomego wysiłku: odróżnienie tego, czego szukam od głupkowatych sloganów narzucających się moim myślom. Kup szminkę, bo to określi twoją wartość jako kobiety, zapisz się na kurs francuskiego, bo to da ci spełnienie i pozwoli poczuć się mężczyzną, zapłać za kurtkę odpowiedniej firmy bo tylko wtedy odnajdziesz szczęście.

Brzmi bzdurnie, gdy napisze się to wprost… ale czy na pewno?

Nie zrozum mnie źle, Czytelniku drogi, nie winię przemysłu za to, że miałam problem z określeniem, czego tak naprawdę chcę. Winię przemysł za świadome sięganie do moich najgłębszych, najnaturalniejszych tęsknot i wykorzystywanie ich dla zysku. Na to się nie zgadzam.

Pośliniłam więc ołówek ponownie (tak, ten prosty gest naprawdę mi pomaga, zupełnie jak gdyby myśli napędzała tocząca po języku ślina) i dumałam dalej. Uświadomiłam sobie, że najprościej jest mi określić tak abstrakcyjne pojęcia jak “szczęście” poprzez to, co bym wtedy czuła i to, co bym wtedy robiła. Czyli pomogło mi sprowadzenie abstrakcji do konkretnych pojęć. O, tu już mogłam szaleć! Bez większego wysiłku kreśliłam na papierze wizje szczęścia, radości, jedynej w swoim rodzaju miłości…

Dopóki nie skupiłam się na moment na tym, CO CZUJĘ pisząc to wszystko. Pozwól, Czytelniku, że podzielę się z Tobą moimi wrażeniami w jednym zdaniu. Czułam, że jestem w stanie stworzyć piękne wizje, ale JESTEM PRZEKONANA, ŻE NIGDY NIE BĘDĘ ICH MIAŁA. Gdzieś tam, z tyłu głowy tłukła mi się jedna myśl: “Taaa, jasne, przecież i tak będzie jak zwykle” (a z jakiegoś powodu w naszym świecie “jak zwykle” oznacza “źle”), bo jestem za głupia żeby zarobić duże pieniądze, za przeciętna, żeby osiągnąć sukces, przede wszystkim zaś czemuś tam winna (nie mam pojęcia, czemu) a więc nie zasłużyłam sobie na los lepszy niż przeciętny.

A więc po pierwsze, miałam ogromny problem z określeniem, czym są dla mnie te najważniejsze ze wszystkich pojęcia, po drugie – kiedy już choć mniej więcej udało mi się to ustalić, i tak gdzieś tam podświadomie uznałam, że nigdy tego nie dostanę. Wydawałoby się, sama postawiłam się w sytuacji bez wyjścia.

Wkurzyłam się, Czytacielu drogi, wkurzyłam się naprawdę porządnie.

W takim wkurzeniu trwałam trzy, cztery miesiące. Nie żartuję. Wracałam do tej kwestii (wyklarowania sobie czego chcę) raz za razem i nie dochodziłam do niczego, a w moim życiu nic się nie zmieniało. To, co w końcu było dla mnie uwalniające, to mały promyczek nadziei… krótka myśl, nieśmiała, ledwo uchwytna, zasiałam ją jednak w sercu jak malutką roślinkę i czekałam, czy wykiełkuje. Myśl brzmiała: “A może jednak zasługuję na coś więcej, niż przeciętność?“. Nawet nie musiałam w nią tak naprawdę wierzyć. Tylko troszkę ją do siebie dopuściłam.

W przeciągu następnych miesięcy zaczęły się dziać w moim życiu dziwne rzeczy.

Dzielę się z Tobą, cierpliwy Towarzyszu, w tym wpisie wspomnieniami z mojej przeszłości, tak naprawdę sprzed kilku lat. Postanowiłam napisać o tym teraz, ponieważ czas mijał i mijał… i W TEJ WŁAŚNIE CHWILI jestem w swoim życiu w momencie, w którym potrafię dokładnie powiedzieć, czym jest dla mnie miłość, szczęście, spełnienie… i wiem, że jestem ma dobrej drodze, by to osiągnąć. A wszystko rozpoczęło się we mnie od tej jednej, malutkiej myśli, że może jednak…

Dla mnie promyczkiem nadziei stało się NIE to, że w coś się wierzyłam (wiara, że zasługuję np. na miłość… to dla mnie takie ogromne słowa!). Wystarczyło mi dopuścić myśl, że coś lepszego, niż szare życie jest w ogóle możliwe, po czym powiedzieć sobie… “A może jednak zasługuję na więcej…” bo powiedzenie tego już otworzyło moje serce na wiarę w nowe rzeczy.

Moja droga była długa i pokręcona, ale kiedy teraz patrzę w przeszłość, za tę jedną myśl jestem bardzo sobie wdzięczna.

Oczywiście istnieje na to mnóstwo innych sposobów, to po prostu była moja droga, jedna z wielu. Mój własny sposób na wyklarowanie sobie w głowie czego chcę i otwarcie się na coś więcej, niż miałam dotychczas. Zastanawiam się, Czytelniku, jakie są Twoje doświadczenia? Którędy prowadzi Twoja droga, na jakim jej etapie jesteś i co dla Ciebie znaczą pojęcia typu: “szczęście?”. Zapraszam do podzielenia się wrażeniami 🙂

Leave a Reply