“Mam w sobie coś, co boli i milczy” – o tym, czym czasem jest trauma

Pamiętam, Czytelniku, ten niezwykły moment, gdy wyjechałam na studia.

Po raz pierwszy opuściłam rodzinne miasto na “dłużej”, znalazłam się w otoczeniu kompletnie nowych ludzi, miejsc, doznań i energii. I po raz pierwszy wydostałam się poza swój świat.

Od tamtego czasu minęło kilkanaście lat a ja nadal pamiętam szok, jaki przeżyłam, gdy po paru tygodniach uświadomiłam sobie, że ludzie żyją kompletnie inaczej, niż ja zupełnie, jakby światów było więcej, niż jeden. Wszyscy dookoła chodzą lżejszym krokiem, załatwiają proste sprawy (jak pogadanie z wykładowcą) obojętnie i bez większych napięć, przeżywają wszystko w jakiś bardziej poukładany sposób. Uśmiechają się częściej. Mówią mniej nerwowo. Chętnie przyjmują dotyk. Bawią się. Przede wszystkim zaś… czują się bezpieczni! Chodzą po świecie i nie przeraża ich on. Rozmawiają z ludźmi i budują z nimi więzi tak po prostu! Ach, jak im musi być lekko w życiu!

Jestem osobą bardzo wyczuloną na obserwowanie świata, toteż zauważyłam te różnice i nie mogłam ich zrozumieć. Uznałam jednak, że coś jest z moim światem nie tak, niepokoi mnie to, intuicyjnie nie mogłam sobie odpuścić, zaczęłam więc szukać pomocy. Po kilku latach bardziej i mniej udanych spotkań z terapeutą natrafiłam w jakiś sposób na słowo “trauma”. I wiedziałam od razu, że mnie dotyczy.

Trauma, o której mówię, byłaby dla mnie nie do nazwania, gdybym nie wyszła poza swoje dotychczasowe środowisko. Nie niepokoiłaby mnie zupełnie, gdybym nie zobaczyła, że inni ludzie żyją bez takiej cichej i jednocześnie wrzeszczącej pustki, którą ja widziałam w sobie. Trauma byłaby dla mnie nie do przepracowania, gdybym nie dotarła do jej źródeł. A jej skutki nie do zaakceptowania, gdybym nie zaczęła czuć ciepła do samej siebie.

Bywa, Czytelniku, że nasze życie toczy się nad wyraz ciężko, choć nie możemy zrozumieć, dlaczego. Nic złego się niby nie wydarzyło, zanurzeni po czubek głowy w jedynym świecie, jaki znamy nawet nie pomyślimy, że coś w nim mogłoby nas traumatyzować. Akceptujemy go, niesiemy ów czarny ciężar w sobie dalej nie rozumiejąc, dlaczego taki ból sprawia podniesienie się rano z łóżka i dlaczego tak przeraża wizja wyjścia z domu. Wszystko jest szare, nic nie cieszy tak naprawdę (a powinno, więc bardzo się staramy, żeby cieszyło!) a jednocześnie wiele bodźców jest za silnych. Winimy siebie, bo przecież wszyscy dookoła jakoś potrafią sobie ułożyć życie, to z nami jest coś nie tak! Jesteśmy za słabi, za wrażliwi! Jako mężczyźni często od dziecka uczeni, że tę wrażliwość trzeba ukryć, zmieniamy się więc czasem w zimnych, zdystansowanych gości, którzy patrzą na świat z pogardą, bo nikt ich nie rozumie, choć wcale tego nie chcą (ale przynajmniej chroni ich to… tylko przed czym?). Jako kobiety winimy się jeszcze bardziej, bo przecież powinnyśmy opiekować się innymi i światem, a nie potrafimy nawet zająć się sobą! Bywa, że nie czujemy się tak naprawdę też do końca kobietami, jakby w TEJ sferze też coś było z nami nie tak. I wszystko jest za bardzo, wszystkie bodźce są za mocne, chcemy podzielić się tym, co czujemy ale jakoś inni nie potrafią tego zrozumieć. Bierzemy się więc w garść, mówimy sobie, że damy radę zbudować dokładnie takie życie, jak inni. Wyćwiczymy odpowiednie uśmiechy, znajdziemy pracę, poprowadzimy rozmowy o pogodzie i serialach i ta obciążająca mięśnie, szara masa po prostu zniknie. Będziemy szczęśliwi BO jesteśmy gotowi włożyć w to dużo pracy i energii.

Tak czasem potrafi wyglądać trauma, gdy podchodzi do człowieka po cichu… albo innymi słowy, gdy, wydawałoby się, była w naszym życiu od zawsze, tak że zna się tylko ją i nic więcej. Nie uważa się jej więc za traumę a po prostu za świat. Cały świat. I inni są w nim po prostu od nas silniejsi.

Oczywiście, nic bardziej mylnego. Nie mówię, że pozostali ludzie są super zadowoleni i szczęśliwi, ale że żyją w pewnym sensie naprawdę w innym świecie. Czasem trzeba wyjść POZA swoje dotychczasowe życie, by zauważyć tę różnicę. Czasem człowiek już sam czuje wewnętrznie, że przydarzyło mu się coś, co go złamało. Aż po rdzeń. Różne mogą to być zdarzenia. Czasem pojedyncze, czasem ciągnące się latami.

Tutaj będziemy raczej koncentrować się na traumie, która była NIE doświadczeniem czegoś złego. Na takiej, która była BRAKIEM doświadczenia czegoś dobrego. To jest właśnie jej największe niebezpieczeństwo! Bo nie jest skutkiem pojedynczego zdarzenia (jak śmierć kogoś bliskiego), które logicznie można znaleźć w pamięci i zrozumieć. Jest skutkiem bycia przez lata zanurzonym w czymś, co było od zawsze i do czego jesteśmy w pełni przyzwyczajeni, bo tylko to znamy. Uderza nas kontrast dopiero, gdy wyjdziemy “na zewnątrz” i widzimy, że inni po prostu “dostają” więcej, niż my.

Trauma, która jest BRAKIEM. Nie wydarzeniem, a brakiem wydarzeń. Nie krzykiem, a milczeniem. Nie uderzeniem, a kompletną pustką dobrego dotyku. Nie aktywną przemocą… a brakiem jakiejkolwiek radości.

Ona właśnie spada, jak cicha lawina i wywołuje różne skutki. Czytelniku drogi, potrafi między innymi rozbić człowieka na tysiące elementów tak, że cały świat odbiera się jako fragment samego siebie i każdy ów fragment boli, jest za głośny, zbyt przejmujący. Czasem, wydawałoby się, zabija wrażliwość zupełnie. Człowiek ma wrażenie, że jest martwy za życia, bo nie czuje nic. Zawsze jednak, wydaje mi się, taka trauma prowadzi do skrajności i jest czymś, czego warto się pozbyć. Mogła pewne rzeczy w nas zmienić nieodwracalnie, ale można ją przepracować, TRZEBA ją przepracować, wyleczyć się z niej i zrozumieć, że poza nią jest cała reszta świata. Wiem, wiem. Łatwo powiedzieć! Tym bardziej, że czasem trudno jest nawet zauważyć, o czym mowa!

Warto przyjrzeć się innym, rzeczywistości dookoła, jeśli niepokoi nas rozdźwięk między nią, a nami (jakbyśmy byli trochę z kosmosu), porozmawiać z terapeutą. Nie znaczy to, oczywiście, że musi nas dotykać akurat jakaś wielka trauma! Może wystarczy parę spotkań! Jeśli jednak już nawet dojdziemy do tego, że mamy w sobie ogromną gulę czegoś, co po prostu nie daje się przełknąć, bo było zbyt dużym brakiem, by objąć go umysłem, nie załamujemy się. Sama ta świadomość jest pierwszym krokiem do uzdrowienia. Wiem, że praca z psychologiem nie jest łatwa ani tania, muszę też powiedzieć, że wymaga dużo zachodu znalezienie dobrego terapeuty. Ale, Czytelniku drogi, usłysz mnie, jeśli coś Cię boli, jeśli coś Cię martwi czy przeraża, jeśli coś odbiera Ci radość i przyjemność doświadczania swojego życia… WARTO zrobić wszystko, by było lepiej! Poszukać odpowiedzi w książkach, w pracy z psychologiem, w warsztatach i jakimkolwiek innym źródle szeroko rozumianej pomocy, które przyjdzie Ci do głowy. Poświęcić tyle czasu, ile będzie trzeba i ponieść w naszym własnym (i tylko własnym) życiu takie konsekwencje, jakie będzie trzeba. Bo nic nie jest cenniejsze, niż Twoje życie.

W Cichej Lawinie porozmawiamy dalej o tym, jakie skutki może wywoływać trauma, która jest doświadczanym przez lata brakiem dobrych doświadczeń i co można z nimi zrobić. Bardzo proszę, Czytelniku drogi, pamiętaj, że pomimo wykształcenia psychologicznego piszę tutaj jako prywatna osoba, która dzieli się swoimi przemyśleniami z nadzieją, że komuś pomogą. To nie są absolutnie teksty naukowe a tylko moje własne wnioski. Doprowadziły mnie jednak do miejsca, gdzie jest naprawdę dobrze. Jeśli mogę, spróbuję więc trochę Cię wesprzeć w Twojej drodze.

2 thoughts on ““Mam w sobie coś, co boli i milczy” – o tym, czym czasem jest trauma

  1. ”Trauma, która jest BRAKIEM. Nie wydarzeniem, a brakiem wydarzeń.”

    Genialne spostrzeżenie! 🙂

    Dziękuję 🙂

Leave a Reply