“Przekraczaj mrok i buduj światło” – o takiej pewnej, dziwnej profesji

Jakiś czas temu spotkałam na swojej drodze starszego mężczyznę, który okazał się kimś przypadkowo niezwykłym jak to czasem się w życiu zdarza. Spotkaliśmy się na przystanku na który spóżniało się praktycznie wszystko, wymieniliśmy parę myśli, po czym rozjechaliśmy się w swoje strony, by już nigdy więcej się nie spotkać. Rozmawialiśmy na przystanku ot, bo tak się zdarzyło, w czasach, gdy jeszcze można było krążyć po ulicy ze swobodnie oddychającą twarzą i nikomu do głowy by nie przyszło, że jest to stan, który zupełnie nagle może zostać odebrany całemu ziemskiemu globowi. I dopiero wtedy zaczyna być ogromnym darem, za którym tęskni się niewiarygodnie.

Jakoś tak dziwnymi ścieżkami się rozmowa potoczyła i nagle ów człowiek powiedział coś, co już wcześniej gdzieś tam słyszałam, ale przeczytane w książce nie zostało we mnie tak silnie, jak wypowiedziane przez drugiego człowieka. Stwierdził, że zazwyczaj, gdy spotkamy kogoś, kto jest jakiś taki spokojny i jakby taki rozświetlony, zakładamy, że to osoba, która miała proste i szczęśliwe życie. Jakby zeszła gdzieś z góry na delikatnych paluszkach nie musząc męczyć się na tym ziemskim padole nawet przez jedną trudniejszą czy boleśniejszą chwilę.

Tymczasem ludzie pełni światła, głęboko uduchowieni, ludzie o takim wewnętrznym spokoju i radości nienarzucającej się nikomu… to bardzo często osoby, które wygrzebały się z prawdziwego mroku. Doświadczyły traumy, straty, cierpienia, wstrząsu który zdawał się tak głęboko wryty w tkanki ciała, jakby już nigdy miał zostać nie wymyty do czysta. Znalazły się nagle pod głazem, który zdawał się wielki, jak cały świat, nie do uniesienia.

Są to osoby, które często zmuszone były wygrzebywać się z bagna sytuacji tak brudnych i ciężkich, że człowiek wzdryga się na myśl o nich. Znają cierpienie. Stratę. Traumę. Ból, który złamał tak, że człowiek musi na dobre zapomnieć o tym, kim był przed nim, bo to dawne “ja” jest już nieistniejące. Te osoby zmierzyły się z prawdziwym mrokiem.

I wygrały.

Nie tyle pokonały mrok, co “przetrawiły” go. Zmieniły go w przeszłość, która już nie rani. Przebudowały go w spokój, w światło. Nauczyły się dzięki temu, jak takie światło budować i teraz często widzą owo budowanie jako swoją najważniejszą życiową pracę.

Gdy tak siedziałam na tym przystanku dumając o tym, co ów mężczyzna rzucił mi w paru zdaniach (a co tutaj rozwinęłam wedle swoich wydumań), uderzyło mnie, jaka to piękna myśl. Rzeczywiście osoby, które znam i które widzą świat głęboko i jednocześnie mają w sobie taki spokój, bijący z nich jak światło… to są ludzie z koszmarnymi traumami w przeszłości.

Najdelikatniejsi ludzie, których znam to najbardziej zatwardziali wojownicy. Którzy przebili się przez swój mrok.

I rzeczywiście coś w tym jest, że jak człowiek długo z czymś walczy (jak na przykład ja ze wstydem przed rysowaniem, bo jak to tak, bo nie mam talentu) i gdy w końcu wygra (odważy się, zacznie, ach, jak nieudanie i radośnie jednocześnie zacznie rysować, a nawet odważy się publikować), to jakby się trochę rozświetlił w środku… i od razu chce podzielić się tym z innymi tą swoją radością, żeby też spróbowali.

Od razu chce się dzielić swoim światłem.

Oczywiście każdy z nas idzie własną drogą, moje entuzjastyczne piski i okrzyki mogą być dokładnie tak nieprzydatne i irytujące, jak dla mnie było tak wiele sytuacji, gdy ktoś chciał mnie natchnąć swoim przykładem czy podzielić się swoją twórczością. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, bo to była kompletnie nie moja droga! To, co mieli do dania kompletnie ze mną nie rezonowało, nie oceniając więc zostawiłam to i szukałam dalej…

Zdarzyło się jednak wiele innych sytuacji, gdy czyjeś wsparcie, czyjeś zachowanie, czasem nawet obecność popchnęła mnie dalej w mojej własnej podróży. Zdarzyły się książki, które w jednym, przypadkowym zdaniu odpowiadały na moje najważniejsze pytania. Piosenki, które wstrząsnęły mną dokładnie tak, jak tego w tamtym momencie potrzebowałam. Do dziś pamiętam dłoń kogoś zupełnie mi nieznanego, która opadła na moje ramię ze słowami: “Wszystko będzie dobrze”, gdy płakałam dawno, dawno temu na ławce w parku. Dłoń po chwili zniknęła, nigdy nie widziałam twarzy tego, kto mnie wsparł, ale w tamtym momencie podzielił się ze mną właśnie taką odrobiną swojego światła, którą pamiętam po dziś dzień.

I jak tak nad tym pomyślę… jaki to piękny zawód jest. Przedostać się przez swoje piekło, traumy i mroki. A potem po prostu budować światło i dzielić się nim ze światem, dokładnie takim, jakim jest, bez zwracania uwagi na cudze opinie czy krytyki. Robić swoje, tworzyć swoje, i już ta nasza twórczość sama trafi dokładnie do tych, u których będzie rezonować i których wesprze. Można być nauczycielem, lekarzem, artystą, rodzicem, budowniczym, dziennikarzem, sportowcem, pracownikiem biurowym czy kimkolwiek innym… i jednocześnie robić swoje.

Wszyscy możemy podzielić się czymś pięknym z siebie. Czymś, co urosło w nas gdy już jakąś trudność przezwyciężyliśmy, z czym wygraliśmy, co było mroczne albo ciężkie albo wydawało się nie do zrobienia, a nam się udało. Wszyscy możemy dać komuś odrobinę swojego światła.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.