Kwarantanna pobudza ludzi do różnych mniej lub bardziej szalonych rzeczy. Owo kwarantannowe szaleństwo nie ominęło również mnie. Postanowiłam więc utworzyć na blogu zakładkę, w której zabiorę Cię na w podróż czysto literacką. Podróż zapisaną na papierzystych ścieżkach moimi pragnącymi przygody, pomazanymi atramentem dłońmi. Moje serce potrzebuje po prostu wyrwać się w świat! Wyrywa się więc pisząc powieść, która rozpoczyna się tak…

 

Czytelniku, cicho sza!

Schyl głowę!

Wstrzymaj oddech…

Wiem, że ciemno i cicho i nie wiadomo, o co chodzi, ale zaufaj mi, zaraz wszystko Ci wyjaśnię… nic nie mów! Widzę, że otwierasz usta! Poczekaj… tylko chwilkę poczekaj…

Tum… tum… tum…

Dobrze, minęli nas. Uffff! Słyszę oddalające się kroki…

Teraz możemy podnieść głowy… tak, rozumiem twoje gorączkowe szeptanie doskonale, wiem, że półmrocznie i dość zimno, tak, też mam gęsią skórkę i ręce trochę brudne od wilgotnej ziemi, zostańmy jednak jeszcze chwilkę za tym murkiem, dobrze? Tu, w tej jaskini, mogę Ci wszystko wyjaśnić. Na razie nie powinni wrócić… jesteśmy bezpieczni. Podaj mi rękę… rzeczywiście masz lodowate palce… wyprowadzę nas stąd, obiecuję, wszystko będzie dobrze… O! Czujesz? Tak, to chłodny wiatr na naszych spoconych czołach. Ach, jak pięknie pachnie zielonością i nadjeziornym wiatrem! Prawie, jakbyśmy byli tam, na górze, a nie tutaj, pod powierzchnią ziemi, otoczeni przez potwory! Już za chwilę tam wyjdziemy, prosto na słońce.

Nic się nie martw, naprawdę, nic się nie martw. Ja nas stąd wyprowadzę. Obiecałam Ci podróż po najdziwniejszych miejscach, prawda? No więc, proszę bardzo! Zaczynamy naszą przygodę z punktu którego z całą pewnością nie można było przewidzieć.

Tak, tak, widzę, co chcesz powiedzieć, gdy tak pochylasz ku mnie twarz i przesuwasz po niej wzrokiem od lewej do prawej jakbyś chciał czytać w moich oczach jak w książce… lekko otwierasz usta. Nawet nie pamiętasz, jak się tu znaleźliśmy, prawda? Zupełnie, jakbym wrzucała cię w sam środek opowieści nie wytłumaczywszy nic!

A teraz nagle ocknąłeś się w ciemnej jaskini, a ja, zamiast wyjaśnić jak człowiek, każę ci się schylać i kulić w mroku za jakimś pokruszonym murkiem, bo w pobliżu przestukały grzmiące kroki co najmniej siedmiu okutych w metal nóg.

Spokojnie, tylko spokojnie… zobacz, co wkładam ci w dłoń… czujesz? Zimny, podłużny kształt jednocześnie śliski i pragnący przytrzymać się woskowato palców. Tak! Świeca! Już, zaraz… ops! Nic się nie stało, spokojnie, mi też trzęsą się ręce, ważne, że nie wysmyknęła się do końca! Trzymasz? Super. Już mam zapałki… zaraz… pstryk! Niech to! Zgasła! Czekaj… jeszcze jedna… no dawaj!

No weź, no!

O!

Płomień!

Spójrz na mnie. Dookoła mrok ale tu moja jasna twarz, zarysowane w blasku ognika usta, duże, brązowe oczy wpatrzone w ciebie i tylko w ciebie, już spokojnie, weź głęboki wdech… i wydech… popatrz na mnie… wyprowadzę nas stąd, obiecuję… co mówisz? Nie zwracaj na to uwagi, to tylko zadrapanie. Na szczęście poszło po brwi i nie uszkodziło oka. Nic mi nie będzie.

Pora, żebym powiedziała ci wszystko.

Otóż widzisz… wkradliśmy się.

Tak. Ty i ja. Wkradliśmy się do samego środka opowieści, bo po prostu nie mogliśmy się zgodzić, by płynęła dalej bez nas, jakbyśmy do groma byli zaledwie statystami niemającymi prawa wpływu na cokolwiek! Jakbyśmy mieli po prostu zaakceptować bez mrugnięcia okiem, że złe rzeczy dzieją się dobrym ludziom, że nas samych spotyka coś, na co wcale sobie nie zasłużyliśmy, że manipulantom wszystko uchodzi na sucho… jednym słowem, że po świecie chodzą na krzywych nogach najróżniejsze potwory.

Nie mogliśmy się zgodzić, że potwory zabijają bohaterów!

Takie wszmyrgnięcie w sam środek opowieści ma oczywiście swoje konsekwencje. W końcu próbujemy zmienić ustalony z dawien dawna porządek rzeczy, bo nie podoba nam się, jaki ten porządek jest. Jedną z takich konsekwencji jest, mój kochany Towarzyszu, że nie pamiętasz, jak się tu znaleźliśmy. Ale nie przejmuj się. To minie. Z każdą kolejną chwilą będziesz rozumieć i pamiętać więcej.

Dopóki więc siedzimy za tym niewielkim murkiem w ciemnej, w tej chwili cichomartwej, jaskini, pozwól, że przytoczę ci opowieść taką, jaka została, karta po karcie, zapisana do tej pory. Do momentu, gdy wskoczyliśmy doń niezadowoleni z roli biernego obserwatora. Zdecydowaliśmy się wejść w sam środek chcąc po prostu naprawić ją. Uczynić lepszą. Pragniemy zmienić cały świat.

To chyba czyni z nas bohaterów. Bohaterów pragnących uratować historię.

Historia zaś zaczęła się tak.

Dnia pewnego, na tym nie największym ze światów, na którym metalowe samochody i betonowe fabryki i domy ściskające mieszkańców ciasnotą ceglastych ramion, gdzie to wszystko tłumi się i gęstni pod coraz bardziej udręczonym słońcem – na takim świecie właśnie dnia pewnego kobieta o imieniu Róża obudziła się w środku nocy i nie mogła zasnąć.

Mało było rzeczy na owym nie największym ze światów, które jej głowa lubiła bardziej, niż budzenie się o trzeciej rano i rozpoczynanie MYŚLENIA. O wszystkim! O zdarzeniach sprzed 10 lat, o niedokończonych rozmowach, na które wreszcie znalazła się idealna puenta, o drobiazgach w stylu sensu życia czy istoty miłości.

Róża lubiła powtarzać w myślach, że gdyby tylko mogła oderwałaby rozczochraną głowę od szyi i zmieniła ją na jakąkolwiek inną. Byle przejmującą się mniej.

– Nie zrobiłabyś tego – odezwał się nagle za jej ramieniem głos głęboki, opadający z każdą sylabą w coraz niższe tony, jak ktoś schodzący po schodach do głębokiej, ciemnej piwnicy – nie tak naprawdę. Gdyby postawiono cię przed wyborem i zaproponowano w zamian głowę ze szczerego złota i drogocennych kamieni, nie oddałabyś swojej nigdy w życiu. Bez względu na to, jak trudno ci ją czasem unieść.

Róża westchnęła nie obracając się. Puste mieszkanie. Trzecia w nocy. Nagłe głosy z kąta pokoju, a ona nie zaniepokoiła się zupełnie. Doskonale wiedziała, kto jest za jej plecami, gdy tak siedziała na kołdrze zwróciwszy twarz ku dużemu oknu. Noc królowała w niewielkiej sypialence zatapiając łóżko, szafę i biurko w zawiesinie czerni śliskiej od zimnego światła księżyca. Tworzyło to ową dziwną mieszankę, w której nic nie widać, choć jednocześnie kontury oblizane są srebrnym blaskiem aż do lśnienia, tak, że w pewnym sensie widać wszystko.

Również, rzecz oczywista, potwora.

Przychodził do niej odkąd sięgała pamięcią zawsze wtedy, gdy nie mogła zasnąć. Ostatnimi czasy zjawiał się więc prawie co noc. Zjawiał się… i zaczynał mówić. Nie dało się go zamknąć dopóki nie powiedział wszystkiego, co miał do powiedzenia. Gdy skończywszy trzydzieści lat Róża poczuła się wreszcie chociaż trochę dorosła, zaczęła mu odpowiadać… niekoniecznie grzecznie.

– Na głowę ze złota i drogocennych kamieni nikt by swojej nie zamienił – mruknęła teraz – na co mi biżuteryjny łeb, jak nie miałabym własnych myśli, nawet pokręconych. I swojego zdania.

– Lubisz więc swoje myśli, nawet pokręcone – zaznaczył potwór rozprzęgając z trzeszczeniem grubokostne, sękate ramiona. W pomieszczeniu zrobiło się nagle ciasno i duszno.

– Na pewno lubię mieć swoje zdanie – rzuciła Róża pod nosem i przesunęła się na brzeg łóżka. Nie chciała, by jej dotykał. Nie, kiedy jednocześnie mówił, bo zawsze miał do powiedzenia coś, co nie przypadało jej do gustu.

– Pora ruszać w drogę, Różo – stwierdził teraz.

No i proszę bardzo! To jest coś, czego ZDECYDOWANIE nie miała ochoty usłyszeć. Odpowiedziała więc to, co odpowiedziałby każdy normalny człowiek na tak nagle postawione w samym środku tygodnia (gdy następnego dnia trzeba wstać o szóstej i radośnie iść do pracy) oczekiwanie.

– Nie chce mi się – i rzuciwszy się do łóżka przewróciła na drugi bok i przykryła głowę kołdrą.

– Obawiam się, droga Różo – zagrzmiał potwór wyciągając gałęziste ramiona – że w tej chwili nie ma to już najmniejszego znaczenia.

I gdy już, już miał sięgnąć palcami ku jej poskręcanym włosom… rozwiał się niczym dym i zniknął, jak gdyby nigdy go tu nie było.

Następny zaś ranek przywitał Różę radosnym dryndaniem budzika o szóstej rano, przewiał ją wiatrem na balkonie i popędził do wypicia kawy, a potem pognał pierwszym wiosennym deszczykiem prosto na przystanek, z którego pojechała do pracy.

Dzień potoczył się jak gdyby nigdy nic… przynajmniej do momentu, gdy zepsuty zegar na kościelnej wieży wybił godzinę 13:54. Sześć grzmiących, dzwonowych uderzeń rozbiegło się w barwnych echach (irytując niemożebnie przechodniów, bo jeśli już nienormalny zegar musiał świętować takie właśnie godziny, dlaczego miał to robić dzwoniąc akurat sześć razy), w życiu Róży zaś w tym właśnie momencie zmieniło się wszystko.

KONIEC ROZDZIAŁU 1

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.