Muszę przyznać, Czytelniku/czko Drogi/a… spędzam ostatnio zdecydowanie zbyt dużo czasu przeglądając Facebooka. Tak człowiek odpali już ten komputer, przysiądzie na chwilę, bo co tam… i nie wiadomo, ile czasu później wciąż scrolluje, bo na pewno lada chwilę natknie się na prawdziwie sycącą wartość..

Taką, którą można się najeść, choć na chwilę.

Jestem jednak na FB na paru międzynarodowych grupach dla empatów i rzeczywiście są to miejsca przekazujące bardzo ciepłe, wspierające treści, zbierające ludzi dzielących się dobrą energią. Jestem też w grupach fanów konkretnych pisarzy czy książek ogólnie.

Jakiś czas temu znalazłam na jednej z międzynarodowych grup miłośników książek obrazek, ot, trochę śmieszny, trochę absurdalny, bo podkreślający wartość czytania i jednocześnie podśmiewający się z FB właśnie. Obrazek zebrał trochę lajków, parę zabawnych komentarzy, w lekkim, przyjemnym tonie. Ktoś wrzucił słowo podzięki za poprawę nastroju. Pomyślałam więc, że “zarzucę” go na grupę polską związaną z czytaniem, bo na pewno się spodoba. Nie minęło kilka godzin, gdy byłam wstrząśnięta… różnicą w odbiorze. W takiej ogólnej, “wydzielanej” pod postem energii.

Nie, żeby pisano jakieś straszne rzeczy, głównie jednak chłodne i rzeczowe, podkreślające hipokryzję autorki (mnie) wrzucającej na FB obrazek krytykujący FB, podkreślano też błąd logiczny obrazka (była tam książka robiąca człowiekowi sztuczne oddychanie i “wypychająca” różne media społecznościowe), bo naciska się wyżej, a nie na żołądek…

Wydaje się, że to drobne zdarzenie, generalnie nie warte dłuższego wpisu… ale przydarzyło mi się nie pierwszy raz. Coś, co na grupie międzynarodowej wzbudza lekkość i ciepło i mnóstwo serdeczności, na grupie polskiej odbierane jest o wiele ostrożniej, z rezerwą i krytyką taką jakby “na wszelki wypadek”…. gdybym miała określić to jednym słowem, powiedziałabym… z surowością.

W naszym kraju nie żyje się łatwo i łatwo się nie wybacza. Nie jesteśmy nawet do końca świadomi tego, w JAK surowym i wymagającym i krytycznym otoczeniu się znajdujemy. Takim, które od dziecka uczy nas, aby absolutnie nie być zadowolonym z siebie, a zawsze starać się bardziej,przyzwyczaić do krytyki, bo krytykowani jesteśmy wszędzie, by… nie boję się użyć tego słowa… atakować.

To są chłodne, wymagające klimaty i mają swoje uzasadnienie, bo mają być po prostu lekcją życia pomocną nam w przyszłości, bo świat nie jest uczciwy ani życie lekkie, więc trzeba być gotowym… jednocześnie jednak uczące człowieka, że z definicji nie jest wystarczająco dobry. Niestety aby napisać o tym więcej, musielibyśmy sięgnąć do wymagających baaardzo długich wyjaśnień spraw, takich jak ogólne poczucie skrzywdzenia zakorzenione w mitologii naszego kraju, głęboka narodowa trauma… ale nie o tym chcę mówić.

Chciałabym napisać parę słów o tym, że obecnie wszyscy znajdujemy się w nad wyraz trudnej sytuacji. Mieliśmy nadzieję, że ów nieszczęsny koronawirus pojawi się, przejdzie i zniknie, a my wrócimy do dawnego życia. Liczba zakażeń wcale jednak nie spada, pensje są obcięte, dużo ludzi straciło pracę, dystans społeczny coraz bardziej daje w kość… nie przypuszczaliśmy, że z dnia na dzień znajdziemy się w takiej sytuacji! Nie mieliśmy szansy przewidzieć, że tak nagle świat dramatycznie się zmieni! A zmienił się…

I obecnie z kim z moich znajomych nie rozmawiam, wszyscy są mocno przybici. Z ciężarem w sercu. W depresji. Wybici z równowagi i niepewni jutra.

Chciałam więc napisać parę słów, aby Ci, kimkolwiek jesteś czytając to, powiedzieć, że MASZ PRAWO czuć się źle. Masz prawo nie radzić sobie tak perfekcyjnie, jak byś chciał/a. Masz prawo do przybicia, do zniechęcenia, do niepokoju. Nie musisz wyjść z tej kwarantanny “lepszy”! Musisz z niej tylko wyjść na własnych nogach. Nasz kraj chętnie skrytykuje, będzie wymagał, oczekiwał, podejdzie z dystansem i z góry założoną gotowością ironizowania nawet, gdy ktoś po prostu wrzuci głupi obrazek na FB. Możemy się przed tym obronić, zajrzeć w siebie, skupić się tylko na tym, że JA robię wszystko, co mogę i to jest ok. To wystarczy. Nie musi być więcej. Nie musi być perfekcyjnie. To, kim jestem… wystarczy.

Wydaje się, że takie słowa są powtarzane w kółko i sama, gdy gdzieś je czytam, mam ochotę przewrócić oczami, bo przecież wiem, bo to coś oczywistego, tylko nie mam za bardzo pojęcia, jak wprowadzić to w swoje życie. Ale chyba ostatnio mi się udało.

Widzisz, Czytelniku/czko, jestem osobą, która od wieków powtarzała sobie, że zacznie regularnie ćwiczyć. Kwarantanna sprawiła, że oczywiście, powtarzałam to sobie jeszcze usilniej. Ale tym razem… udało mi się zacząć i nie przerwać po dwóch dniach! Myślę, że po pierwsze znalazłam idealny dla siebie sposób (są to ćwiczenia lekko baletowe, przy pięknej muzyce, jeśli ktoś lubi, bardzo polecam https://www.youtube.com/watch?v=RSTQz5a_tDI )

Po drugie zaś, podeszłam do siebie bardzo łagodnie, z niebywałą dozą wyrozumiałości, jak do dziecka. Nie przyznałabym się do tego przed nikim z moich znajomych głośno, bo trochę aż mi wstyd… ale sposób zadziałał. Niewymagający od siebie za dużo, tylko regularności. Na początek powiedziałam sobie, że poćwiczę 10 minut. Tyle mogę, tyle mam ochotę. I nie tak, że następnego dnia już 15! Następnego też 10. Dopiero jak będzie to dla mnie zabawa, to 15, a potem 20 i ćwiczę tak regularnie codziennie jednak zatrzymując się w miejscu, gdy czuję, że już robię to wbrew sobie.

To wszystko, o czym tu piszę, to są w sumie drobiazgi. Nie aż tak znaczące zdarzenia czy decyzje i taki wpis może się wydać podobny do tysiąca innych tego typu… a jednak jest tu głęboki przekaz dla wszystkich osób, które mają za sobą doświadczenie traumy… nawet nieuświadomione. Jesteśmy przyzwyczajeni, że gdy coś robimy, to nas wszystko pod skórą boli. Jest to tak oczywiste, że nawet się nad tym nie zastanawiamy, życie zaś polega na zbudowaniu w sobie siły, by robić POMIMO, że nas boli, bo trzeba, bo chce się żyć, bo jest się silnym. Trzeba starać się lepiej i iść do przodu.

Jestem pewna, że nikt na tym świecie nie jest tak silny, jak osoby mające w swojej historii doświadczenie traumatyczne. Siła do uniesienia bólu jest godna podziwu, zawsze.

Warto jednak czasem… pozwolić sobie na słabość. Zacząć nawet od takich głupich ćwiczeń, które się przerywa, gdy za bardzo te napięte mięśnie bolą. Ćwiczę w danej pozycji i czuję to miłe pracowanie nóg… ale gdy bolą już tak, że mi to przeszkadza, przerywam bez najmniejszego poczucia, że “nie dokończyłam” (bo dla siebie właśnie tak), choć pani na ekranie ćwiczy dalej… i mam takie niezwykłe, uzdrawiające poczucie satysfakcji, że MOGĘ przerwać, bo mam nad tym pełną kontrolę. I nie muszę być doskonała. Nie muszę być taka, jak owa pani na ekranie mogłaby oczekiwać. Mogę skończyć na dziś ćwiczenie, bo mnie za bardzo rozbolało i zmęczyłam się i ciało czuje, że już jest za słabe… a więc MAM PRAWO przerwać w pół przysiadu… a skoro mogę skończyć ćwiczenie, mogę też skończyć rozmowę, w której tak się czuję. Mogę skończyć tak bolącą mnie relację. Mogę rzucić pracę.

Dlatego takie drobiazgi są ważne, bo z każdym dniem, gdy tak przerwę ćwiczenia w swoim, wybranym momencie, umysł uczy się dzięki nim nowego traktowania siebie – z czule, wyrozumiale i łagodnie… a potem przenosi to na inne dziedziny życia.

Niezwykłe wyzwanie z naszym kraju… ale możliwe.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.