“Jak mogłaś mi to zrobić?” – o naszych problemach zdrowotnych i chorych reakcjach na nie

Dziś mam Ci do zaproponowania, Czytelniku drogi, temat może niekoniecznie lekki, z pewnością jednak dotykający wszystkich, uderzający zaś zwłaszcza w osoby nieprzeciętnie wrażliwe.

Każdego z nas dotykają od czasu do czasu problemy zdrowotne. Czasem są to drobiazgi, jak glutoskisły katar, który nie ustępuje, bez względu na to, ile razy wycieramy nos rękawem… czasem jednak przytrafia się nam coś poważniejszego. Coś, na co nie jesteśmy przygotowani. Żyje sobie człowiek spokojnie, z dnia na dzień, pracuje, je, śpi, od czasu do czasu spotka się z mniej lub bardziej przyjaznymi przyjaciółmi, aż tu nagle któregoś dnia PYK! I na przykład traci przytomność, trafia do szpitala i… dowiaduje się różnych rzeczy.

Myślę, że wszyscy reagują silnie na takie sytuacje, osoby jednak o nieprzeciętnej wrażliwości muszą poradzić sobie z całym natłokiem emocji, zarówno swoich jak i cudzych. Po pierwsze – oczywiście gdy tracimy przytomność i trafiamy do szpitala, nie wiemy, co się dzieje. Sadzają nas, już oprzytomniałych, wśród dziesiątków innych oczekujących na natychmiastową pomoc i… każą na tę natychmiastową pomoc czekać. Godzinami. Oczywiście wykorzystujemy te godziny bardzo twórczo, bo z każdą kolejną przez głowę przebiegają nam coraz ciekawsze i bogatsze wizje, od guzów, przez tętniaki, naczyniaki, padaczki i tak dalej… im dłużej czekamy (w tymże szpitalu), tym bogatsze wizje podsuwa nam umysł.

Potem dostajemy skierowania i na spokojnie, jako rzecz najoczywistszą w świecie przekazuje nam się informację, że być może będziemy mogli zrobić badania stwierdzające, czy tegoż guza mózgu mamy czy też nie za… trzy czy cztery miesiące.

Człowiek wytrzeszcza oczy, patrzy i nie wierzy. I pyta, jak ma żyć przez tyle czasu nie wiedząc, czy mu w głowie tyka bomba zegarowa… Ale zanim skończy zdanie wie już, że jego pytanie nie ma najmniejszego sensu, bo wzrok pielęgniarki przesuwa się po nas jak po niekształtnym przedmiocie i zatrzymawszy się gdzieś ponad ramieniem… nie wyraża nic.

Jako osoby nieprzeciętnie wrażliwe czujemy to. Czujemy, gdy kogoś kompletnie nie obchodzimy i chociaż gdzieś tam w głowie WIEMY, że to jest po prostu praca danej osoby i styka się ona z takimi sytuacjami na co dzień, jednocześnie… ciężko nam zmieścić w naszym przejmującym się wszystkimi i wszystkim mózgu, że może w ogóle istnieć taka obojętność… Dla nas – to jest dopiero CHORE…

Czekając więc na te badania i lekarskie wizyty (i modląc się jednocześnie, by nie stracić przytomności po raz kolejny), obracając gdzieś w umysłowych palcach wizje naczyniaków i guzów mózgu, zwracamy się w stronę przyjaciół. Co jak co, myślimy sobie, ale ich wsparcie, TO może nam teraz naprawdę pomóc… Widzisz, Czytelniku, żyję już trochę lat na tym świecie, ale dopiero teraz zrozumiałam, że nie ma kompletnie znaczenia, jak długo się z kimś znamy. Znaczenie ma tylko, jakim naprawdę jest człowiekiem, a to najlepiej wychodzi w takich właśnie momentach. Osoby więc, które znamy od paru miesięcy potrafią pisać kilkakrotnie, dopytywać się i szczerze martwić. Wzruszają nas, wzmacniają i ciężko nam zrozumieć, czym w ciągu tych paru miesięcy zasłużyliśmy sobie na takie wsparcie. I jesteśmy za nie wdzięczni.

Osoby, z którymi przyjaźnimy się do lat kilkunastu potrafią być może napisać po tygodniu lub dwóch milczenia jednego wkurzającego, debilnego smsa: “No i jak tam?” i wręcz mamy ochotę cisnąć komórką o ścianę, bo po prostu jako osobom nieprzeciętnie wrażliwym bardzo trudno nam objąć rozumiem, że w ogóle można tak po prostu się nie przejąć. Że można tak różnić się od nas samych, przejmujących zbyt głęboko wszystkim. Dla mnie była to kompletnie CHORA reakcja, tak chora, Czytelniku, że sama po prostu nie wiedziałam, co odpisać. Czekam na badania które mogą stwierdzić, czy mam być może guza mózgu. Od przyjaciółki, która wie o tym dostaję smsa: “No i co tam u ciebie słychać?”. Co mam odpisać, “Ok, cool, spoooko…”.

Oczywiście nieprzeciętna wrażliwość bywa w tych trudnych momentach też darem, bo nagle pojawiają się ludzie, jak starszy brat, koleżanka z pracy z którą nie miało się dużo kontaktu, koleżanka ze studiów, rodzice – którzy zaskakują nas na każdym kroku troską i gotowością do pomocy. Im człowiek ma odwagę po raz pierwszy powiedzieć: “Boję się.” I jest mu trochę lżej, bo widzi po twarzach tych osób, że trochę boją się także… Bo nie wiadomo, co będzie. Nie wiadomo, czy wszystko jest ok, czy też może czeka nas zmiana i rozpad całego życia. CZEKANIE jest najgorsze. Ale też tego czekania za nic się nie przeskoczy.

Jeśli przypadkiem traci się przytomność w miejscu publicznym i trafia do szpitala w karetce wezwanej przez koleżankę, która akurat trafiła na nas na ulicy i znalazła w drgawkach, sytuacja zyskuje dodatkowy wymiar: koleżeńsko – społeczny. Tu też może nas spotkać wzruszające zaskoczenie. Może owa przypadkowa znajoma, która była niejako sytuacją zmuszona do udzielenia nam pierwszej pomocy, okaże nam ciepło i wsparcie i nawet zadzwoni za czas jakiś z zapytaniem, czy wszystko jest ok…

Może się jednak okazać, że nasza przypadkowa koleżanka jest człowiekiem zupełnie innego pokroju. Możemy rzeczywiście dostać po paru dniach telefon. Pełen agresji i dyskryminacji telefon z komentarzami typy: “Jak mogłaś zrobić mi coś takiego?” (to znaczy stracić przytomność w jej, danej koleżanki, obecności), “Przecież ja się z tego nie otrząsnę do końca życia” , “Ty masz obowiązek nosić przy sobie karteczkę, jakie konkretnie masz problemy” (chciałoby się dodać, najlepiej wytatuować na czole, tylko nie do końca wiadomo, co, bo przecież człowiek jeszcze nie wie, co mu jest) tp, itd… Słuchamy i nie możemy uwierzyć, NIE CHCEMY uwierzyć, bo wydaje nam się niemożliwe, by ktokolwiek mógł reagować na nasze problemy zdrowotne w tak CHORY sposób.

Czytelniku drogi, Cicha Lawina powstała między innymi po to, by pomóc mi nie oszaleć w świecie, którego nie rozumiem, który odbieram zdecydowanie zbyt głęboko. Mam wrażenie, że w tej chwili ta jej funkcja jest dla mnie ważniejsza, niż wszystkie inne. Wybacz proszę, jeśli ten wpis okazał się przesadnie jękliwy czy wyżalający się, może ze względu na problemy zdrowotne jestem obecnie zbyt skupiona na samej sobie i nie mam wystarczająco dużo zrozumienia dla ludzi w moim otoczeniu?

Zawsze jednak pisałam na tym blogu wyłącznie prawdę, dzieląc się tym, co aktualnie dzieje się w mojej duszy i jak, jako Osoba Przeżywająca Wszystko, staram się sobie z tym poradzić. Stąd również ten wpis, dotyczący tematu najbardziej obecnie mnie frapującego. Wiem, że czeka mnie w życiu jakaś zmiana. Wiem, że obecnie jestem bardzo pogubiona i szalenie ciężko mi zrozumieć nie tylko innych, ale i samą siebie. Myślę, że każdy człowiek o nieprzeciętnej wrażliwości czasem takich stanów doświadcza. Może więc ten wpis komuś odrobinkę pomoże? Może ktoś przeczyta, pokiwa w zadumie głową i pomyśli: “Przynajmniej ktoś przeżywa podobnie, jak ja”? Jeśli tak…

…załączam ciepłe myśli! 🙂

 

 

Leave a Reply