“Ja zawsze będę mówił prawdę” – o nadwadze, kajakach i szczerości która nie jest potrzebna

Jestem ogromną zwolenniczką mówienia prawdy.

Generalnie w momentach, w których mówię coś innego, niż myślę, czuję się nie do końca sobą. Czuję, że w tym właśnie momencie coś z siebie poświęcam, gram w grę, udaję, na moment znikam, jak gdyby jako człowieka w tej właśnie chwili, gdy mówię nieprawdę, zupełnie mnie nie było.

I nie ma to nic wspólnego ze srogo wzniesionym z ambony palcem księdza mówiącego, że kłamać nie wolno. Ma to związek z moim byciem INFJ (według inwentarza osobowości MBTI). Typem osobowości który głęboko analizuje, zdecydowanie za dużo, w mojej opinii, myśli i ma tę tendencję do tego, że wszystko, co wymyśli chce koniecznie powiedzieć. Po prostu musi. Bo chce zmienić świat. Na lepszy.

Może jest to dość skrócony i uproszczony opis takiego typu osobowości, podszyty nawet cieniutką niteczką humoru, coś w tym jednak jest, że gdy nie mówię, co myślę staję się sztuczna, nie bardzo wiem, co zrobić z rękami, jakby wrzucono mnie w środek absurdalnej, niezrozumiałej dla mnie sztuki. Od razu też widać po mnie, że udaję kogoś, kim nie jestem, inni zaczynają więc czuć się w moim towarzystwie niekomfortowo i generalnie nawet lekkie, łatwe i przyjemne rozmowy o pogodzie potrafią pójść w diabły.

Nauczyłam się więc, że nawet na owo nieśmiertelne, doprowadzające mnie czasem do szału “Co słychać?” będę odpowiadać szczerze, po prostu nie wnikając w szczegóły. Jeśli jest dobrze, mówię, że dobrze. Jeśli jest źle, mówię, że “blech!:, że “uuugh!” lub coś podobnego i po prostu nie wdając się w szczegóły pytam: “A co u ciebie?” . Tak naprawdę jest to całkiem dobra metoda. Ja pozostaję sobą, uchodzi ze mnie odrobina emocji, jestem naturalna, wcale nie czuję też potrzeby zalewania innych szczegółami swojego “blech!” czy “uuugh!”, mogę po prostu być lekko dobita czy wkurzona ale jednocześnie z zaciekawieniem wysłuchać, co tam u kogoś, bo nie muszę niczego kryć i tłumić. Mogę po prostu być sobą. Moje bycie INFJ jest zaspokojone.

Jednocześnie jednak… jestem HSP. I jednocześnie Empatem (choć wolałabym tutaj stworzyć równoprawną formę żeńską i powiedzieć, że jestem Empatą), czyli, mówiąc w skrócie, bardzo silnie odczuwam emocje innych osób i jest dla mnie nad wyraz ważne, by nikogo nie ranić. Co więcej, są takie rzeczy, które mogłabym powiedzieć, bo są z całą pewnością prawdą i być może mogłyby komuś pomóc, tak naprawdę jednak… po prostu nie są moją sprawą.

Nauczyłam się więc, że moja równowaga polega na mówieniu prawdy… lub nie mówieniu nic, gdy nie jest to potrzebne lub niczemu nie służy lub gdy się obawiam, że kogoś zranię lub gdy jestem zmęczona lub gdy coś bardzo złego się stało i wylałoby się ze mnie natychmiast lub gdy ktoś wcale mnie o opinię nie pyta… po prostu nie mówię nic. Ale gdy już ktoś mnie zapyta… nie kłamię. Nie potrafię, nawet gdybym chciała.

Cenię sobie prawdę. Do tej chwili myślałam, że niczego nie cenię bardziej. Ostatnimi dniami jednak… zaczęłam się nad tym zastanawiać.

Widzisz, mój cierpliwy Czytelniku, jestem kobietą z nadwagą. Na dodatek kobietą z nadwagą nie będącą w związku. Jest to nad wyraz istotne połączenie, bo gdybym była kobietą z nadwagą BĘDĄCĄ w związku, ów haniebny czyn posiadania nadwagi, ów niewybaczalny w oczach tak wielu osób defekt nie miałby dla mnie znaczenia. Tymczasem nie dość, że mam ciało mniej, niż doskonałe, to jeszcze poszukuję… hmmm… chyba tego, czego poszukujemy wszyscy, bez względu na to, jak bardziej lub mniej niedoskonali jesteśmy.

Jakiś czas temu poznałam mężczyznę. W ów sposób najbardziej obecnie tradycyjny i naturalny z możliwych… to znaczy przez gustownego doradcę związkowego o imieniu Internet. Jest to droga dla mnie koszmarna na poznawanie kogokolwiek i generalnie jej nie praktykuję, ów człowiek był jednak (i jest) naprawdę wyjątkowy, głęboko myślący, analizujący, powtarzający mi raz za razem, że forma nie ma znaczenia, że wygląd nie ma znaczenia, bo liczy się tylko wnętrze. I porozumienie na głębokim poziomie.

Gdy się spotkaliśmy, okazało się, że mimo, iż jesteśmy bardzo podobni, obydwoje poczuliśmy gdzieś tam wewnętrznie, że to jest jednak nie to i że ze związku to tutaj nic nie wyjdzie. Zdarza się, człowiek szuka czasem długie lata, nie ma w tym absolutnie nic złego, by dać sobie nawzajem szansę i potem stwierdzić, że to jednak nie to. Można na spokojnie rozejść się w swoje strony, pozostać na stopie koleżeńskiej, zagrać czasem w szachy czy napić się kawy albo po prostu pożegnać się po godzince spotkania, życzyć sobie nawzajem szczęścia i szukać dalej. Ja jeszcze po spotkaniu analizowałam jakieś swoje uczucia, bo choć na pewno nie były “związkowo – romantyczne”, gdzieś tam łączyły mnie z tym człowiekiem, jakbym w kontakcie z nim mogła wyraźniej poczuć jakąś część siebie. Jakby ta relacja, nawet na stopie przyjacielskiej, dawała mi potencjał do zrozumienia czegoś nowego, tak była głęboka, filozoficzna i nietypowa. Zastanawiałam się więc, co to wszystko znaczy, gubiłam się we własnym umyśle, nie romantycznie jednak, a jakoś tak… umysłowo czy duchowo. Docierałam do nowego kawałka siebie.

Po spotkaniu ów mężczyzna poczuł się jednak, z jakiegoś powodu, zobowiązany, ni z tego ni z owego, by mi powiedzieć, że gdy mnie spotkał, elementem decydującym w kwestii romantycznej okazało się ciało. Waga, która, choć wyraźnie uprzedzałam o tym wcześniej, okazała się większa, niż przeciętna.

I tu, Czytelniku Drogi, pojawia się mój problem.

Bo tak naprawdę… no… była to prawda. I ja się o nią nie gniewam. Przecież wiem doskonale, że gdy człowiek wyobraża sobie kobietę, wyobrażenie biegnie gdzieś ku ciału przeciętnemu, może nie nadmiernie idealnemu, na pewno jednak nie ku ciele z nadwagą. Rozumiem to jak najbardziej. Tak naprawdę sama nie potrafię też nawet ocenić, czy moja nadwaga jest duża czy tylko “trochę duża”, bo nie ma przecież jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, każdy ma na ten temat inne wyobrażenie, nawet więc gdy zaznaczę ów fakt wyraźnie w mailu, męskie wyobrażenia mają prawo pobiec w różne strony.

Także jest tak, że poznając kogokolwiek przez szlachetnego doradcę związkowego Dziadka Internet, tworzymy sobie zawsze najpierw mniej lub bardziej idealny obraz, który potem dopiero się weryfikuje.

I tak naprawdę… też to rozumiem, że to może być czynnik decydujący. Naprawdę to rozumiem. Gdybym poznała kogoś z nadwagą, w moich oczach, zbyt dużą, kto wie, jak bym zareagowała?Tym bardziej mnie to gdzieś tam wewnętrznie nie porusza, bo też nie byłam owym mężczyzną romantycznie zainteresowana, choć z mojej strony akurat zdecydowały czynniki inne.

I była to prawda, powiedziana jasno i szczerze, w miarę delikatnie (choć zdecydowanie jasno i wprost), absolutnie nie wulgarnie.

Tylko od kilku dni siedzę i myślę… czy była mi potrzebna?

Jako kobieta z nadwagą doskonale wiem, że mam nadwagę. Wiem, że przez większość mężczyzn po prostu jestem… poza kategorią bycia braną pod uwagę z powodu ciała właśnie. W przypadku tego człowieka jednak ta myśl nie postała mi w głowie, bo relacja zaczęła się od dyskusji na nietypowo wręcz głębokim, filozoficznym poziomie, po spotkaniu zaś było dla mnie jasne, że romantycznych uczuć tu po prostu nie ma, choć są w mojej strony uczucia inne, “niezwiązkowe”, związane z głębokimi dyskusjami, z cieszeniem się czyjąś obecnością, ze współczuciem, gdy komuś jest za gorąco, słowem z tym wszystkim, co tworzy osobę HSP.

Zastanawiam się więc… czy naprawdę musiałam to usłyszeć? W sensie… po co?  W jakim celu? Co mi dała świadomość tego faktu, prawdziwego, wiem, niezaprzeczalnego,  czystego w swym umiłowaniu bycia prawdomównym i szczerym. Faktu podanego mi na tacy w myśl zasady, że najmoralniejszą postawą jest zawsze mówienie prawdy. Szczerość jest zawsze najlepsza.

Skoro obydwoje nie czuliśmy, by relacja miała iść w kierunku związku… czy naprawdę musiałam to usłyszeć? Czy koniecznym było, bym musiała poczuć, jak moja cała wartość, inteligencja, głębia, wrażliwość, błyskotliwość… jak to wszystko straciło na znaczeniu, bo jednak musiało mi zostać powiedziane, że koniec końców tylko jeden czynnik był decydujący.

Siedzę więc od dwóch dni przy biurku, kładę się wieczorem, toczę do pracy w kichach autobusu… i cały czas zasłyszane słowa obijają mi się po głowie. Jakby na powierzchni wszystko było zrozumiałe (że trzeba mówić prawdę, że przecież to tylko pojedyncza opinia) i już przygasało, pod powierzchnią wrze jednak, jak rozpalone węgle.

I tak sobie analizuję, że przecież biorąc tę sytuację “na sucho”, mężczyzna nie zrobił nic złego. Spotkał mnie, po czym powiedział prawdę. I biorąc sytuację jeszcze bardziej “na sucho”, mój analityczny umysł doskonale wie, że tylko ja decyduję, czy się tą informacją przejmę i co z nią zrobię. Przecież tak naprawdę to ode mnie zależy, czy pozwolę jej obijać się, wraz z zasłyszanymi słowami, po głowie. Mogłabym wznieść się ponad to i… poradzić sobie z tym. Tym bardziej, że przecież wiem, jaka jest prawda na temat mojego wyglądu.

Wiem, jaka jest prawda…

Jednocześnie jednak, Czytelniku Drogi, zastanawiam się, czy czasem szczerość nie idzie za daleko? Zwłaszcza, gdy nie jest niezbędna, gdy nikt o nią nie prosi, gdy tak naprawdę nie jest potrzebna, bo ja i tak wiem i i tak ze związku miało nic nie wyjść… zastanawiam się, czy czasem nie jest lepiej zachować swoją opinię dla siebie, gdy nikt o nią nie prosi?

Innymi słowy… czy czasem nie warto się powstrzymać przed byciem tym szlachetnym, zawsze całkowicie szczerym człowiekiem żeby po prostu nie sprawić komuś przykrości? Ot, z tego powodu tylko. Żeby komuś nie było przykro, skoro być przykro nie musi…

I chociaż wiem, że jestem ach, taka wewnętrznie dojrzała i silna i tylko ja ponoszę odpowiedzialność za to, czy wezmę coś do siebie, czy pozwolę czemuś mnie zranić i przecież prawda jest taka, że jak się człowiek uprze, to da radę ten wygląd zmienić (pytanie tylko, czy powinien musieć)… to jednak… gdzieś tam czuję wstyd. No wstyd mi po prostu. I moje umiłowanie absolutnej szczerości polega wobec potrzeby… czucia się dobrze. Jakby od czasu do czasu świat mógł mi po prostu… trochę odpuścić. Żebym nie musiała tak cały czas być tą najsilniejszą sobą, która wszystko rozumie i wszystko przepracuje i jest mądra i weźmie wszystko na klatę…

Tak się zastanawiam, czy czasem nie jest tak… że jeśli nikt nas o prawdę nie pyta i nikogo dana rzecz nie rani… można komuś swojej opinii oszczędzić. Z czystej empatii. Druga część mnie zaś burczy, że właśnie nie, bo prawda jest najważniejsza i powinnam sobie z nią poradzić.

Ale, co ostatnio uświadamiam sobie, jako coś nowego (choć przecież powinno być oczywiste)… jestem tylko człowiekiem. Niedoskonałym, czasem nie radzącym sobie z czymś takim, jak przypadkowy komentarz, człowiekiem z nadwagą, z kompleksami 🙂

Znalazłam dzisiaj ogłoszenie o pracowej integracji, wypad na kajaki. Bardzo lubię ludzi z którymi pracuję, w każdej innej sytuacji zapisałabym się na nie od ręki, o niczym nie myśląc. W tych dniach jednak mam cały czas w głowie to swoje ciało… i chociaż wiem, że to ja pozwalam, by czyjś komentarz zamącił mi w głowie, to nie mogę zebrać się na odwagę, by się na te kajaki wybrać (choć przecież wiem, że ludzie z pracy lubią mnie i akceptują). Z czystego lęku, że gdzieś tam coś od kogoś usłyszę. Że nie będę miała z kim płynąć. Że będę musiała mieć w miarę “kajakowy” strój. Że dla kogoś znów stanie się oczywiste, że z czegoś się mnie wyłącza… z powodu ciała.

I tak piszę ten wpis chyba po to, by się wypisać, poradzić sobie jakoś z tym, że mój umysł nie jest tak silny, jak myślałam i jednak przeżywa czyjś głupi komentarz w kółko i w kółko, pomimo że powinien już dawno dać sobie z nim spokój. Powinien być mądrzejszy,

Ale też piszę te słowa, żeby powiedzieć Ci, Czytelniku Drogi, że jeśli kiedyś zdarzyła Ci się sytuacja podobna… niekoniecznie związana z wagą… sytuacja gdy czyjeś słowa dotknęły Cię tak, że nie mogłeś wyrzucić ich z głowy… to rozumiem Cię. I tak sobie myślę… że czasem ma się prawo po prostu być niedoskonałym człowiekiem i czymś za bardzo się przejąć. Ma się prawo coś przeżywać tak silnie, jak się potrzebuje (a co zawsze ludzie nie – HSP zarzucają HSP, że przeżywają za silnie).

Czasem warto potraktować siebie z wyrozumiałością. Pozwolić sobie na tę swoją przeklętą wrażliwość, dać sobie prawo nie być taką idealistyczną i silną osobą, która doskonale sobie ze wszystkim radzi i pomyśleć… że w tym przejęciu się jakimś głupim komentarzem, którego przez wiele dni nie można wyrzucić z głowy… nie jest się osamotnionym.

I że w końcu ten komentarz z głowy zniknie. I będzie lepiej 🙂

Leave a Reply