“Czy naprawdę zajęło mi to tyle lat? To jest nie fair!” – o podnoszeniu się spod ogromnego ciężaru

Niedawno spotkałam się z koleżanką z czasów studiów, której nie widziałam od 11 lat. Było to naprawdę szalenie przyjemne spotkanie, zwłaszcza, gdy okazało się, że rozmawiamy dokładnie tak, jak kiedyś, jak gdyby od poprzedniego spotkania upłynęło kilka dni.

Oczywiście jak zawsze przy takich okazjach wyszedł temat naszych wspólnych znajomych (jedna wspólna koleżanka ma tytuł doktora, niedługo szykuje się do habilitacji, druga wykłada na SWPS,) i oczywiście tego, “co TY Magda robiłaś przez ostatnią dekadę”.

Cóż…

Jestem psychologiem z ukończonymi dwiema specjalizacjami, kobietą, która nie może pracować jako psycholog, bo jest to po prostu zbyt emocjonalnie obciążające, nie potrafiłabym się wygrzebać spod cudzych emocji, tym bardziej, że nawet w życiu prywatnym ludzie (zwłaszcza mężczyźni) wiążą się ze mną oczekując, że dam im odpowiedź na ich problemy i tylko tego ode mnie chcą. Widzę świat inaczej, niż ludzie dookoła, widzę innych głęboko, tak, że czasem zalewa mnie ta ilość nierozwiązanych spraw, która w nich siedzi.

Jestem pisarką, interesuję się rysowaniem, programowaniem, grą w szachy, muzyką, sztuką… mnóstwem rzeczy. Uważam się za osobę naprawdę wrażliwą i naprawdę inteligentną, cenię swój umysł jak nic innego na świecie.

Co robiłam przez ostatnie 10 lat? Próbowałam wydobyć się z traumy.

Znalazłam ostatnio przypadkiem fantastyczną, króciutką książeczkę na temat traumy, ot pozornie proste ćwiczenia, człowiek zaczyna i myśli sobie: “Co za głupoty! Jak coś tak banalnego, jak to ćwiczenie może mi pomóc?”. A potem… efekty są szokujące.

Okazuje się, że jestem osobą od 30 lat tkwiącą w bezruchu, w traumie “rozwojowej” spowodowanej złem, którego doświadczałam jako dziecko. W takim zastygnięciu, otumanieniu, odrętwieniu, jak zwierzę, które zostało zaatakowane i nie ma gdzie uciec, leży z adrenaliną wciąż pompowaną w ciało, czekając na ostateczny cios. Tak wygląda stan w którym zamknięty jest człowiek jako dziecko stawiany codziennie w sytuacji zagrożenia. To długi temat, nie chcę się nad nim tutaj rozwodzić…

Sedno sprawy jest zupełnie inne.

Gdy ktoś mnie pyta, “co robiłaś przez ostatnie 10 lat?” ja myślę o wszystkich swoich zasobach, o inteligencji, o wrażliwości, o talentach, o umysłowości, o skończonych studiach… i szczerze musiałabym odpowiedzieć, że przez ostatnie 10 lat szukałam drogi, by doprowadzić swoje straumatyzowane ciało do poziomu rozluźnienia i jakiego takiego funkcjonowania, który dla przeciętnego człowieka jest czymś oczywistym (tak, jak czymś oczywistym jest stan niezamrożenia w przerażeniu).

I dopiero teraz dzięki małej książeczce gdzieś tam to zastygnięcie w szoku mi puszcza.

Nie mogę uwierzyć, że zajęło mi to tyle lat! Nie mogę pogodzić się z myślą, że nie wykorzystuję swojego potencjału intelektualnego w jakikolwiek sposób poza szukaniem drogi na naprawienie tego, co we mnie złamano 30 lat temu! Budzę się z tego stanu otumanienia i nagle do mnie dociera, że całą “pierwszą” młodość poświęciłam szukaniu sposobu, by nie być w ciągłym bólu, gdy ludzie wokół mnie zakładali rodziny, budowali kariery… a moim sukcesem ostatniego tygodnia jest to, że dałam radę “poczuć zamrożone mięśnie” w prawym ramieniu i trochę je rozluźnić. I jestem na tyle siebie świadoma, by wiedzieć, że mam potencjał, którego nie wykorzystuję, bo wszystkie siły muszę włożyć w to, by wydostać się spod ciężaru który na mnie zwalono.

Nie da się tego procesu przyspieszyć. Nie jestem nawet pewna, czy uda mi się go doprowadzić do końca. Nie założyłam rodziny, nie znalazłam wesołej paczki stałych przyjaciół z którymi można pogadać zawsze, bo na pytanie “Co robiłaś w weekend?” musiałabym szczerze odpowiedzieć: “Szukałam sposobu by rozluźnić taką część siebie, która doświadczała przemocy psychicznej o charakterze seksualnym”. A przecież tego powiedzieć ludziom nie mogę.

Wszyscy wiemy, ze to nie jest fair. Jedni ludzie budują kariery, rodziny, nie jest im super łatwo (choć są i tacy, którym jest), często ludzie z mniejszą głębią idą przez życie znacznie przyjemniej. Zastanawiam się (ale to taka prywatna hipoteza), czy ta nasza głębia nie rodzi się jednak właśnie z aktu przemocy, po którym już zostaje, jak głęboka jama w miejscu, gdzie po trzęsieniu ziemi zapadł się grunt. Może ludzie o nieco mniejszej wrażliwości, mniejszej głębi, tacy, którzy nie są tak udręczeni, to po prostu ci, którym życie sprzyjało na tyle w dzieciństwie na tyle, by mieć je choć “w miarę” szczęśliwe?

Ale jeśli, Czytelniku Drogi, jesteś osobą, która próbuje, próbuje, zaczyna od początku, i znowu, i znowu, i stara się i wszystko rozpada Ci się w rękach… to nie jest tak, że to Twoja wina. To nie jest tak, że nie jesteś dość silny/a czy mądry/a. Może po prostu wszystkie wewnętrzne zasoby musisz najpierw poświęcić na wydostanie się spod ogromnego ciężaru… bo dopiero potem można będzie zacząć żyć.

Książka o stanie traumy wyniesionej z dzieciństwa i niesionej przez całe życie (tak, że ciało po prostu nie zna stanu zdrowej równowagi typowej dla przeciętnego człowieka, zna tylko stan zamrożenia w bezruchu w oczekiwaniu na cios) pomaga mi bardzo. Bo wreszcie gdzieś tam nie tkwię w bezruchu, udaje mi się ruszyć z miejsca, rozejrzeć dookoła…

I przeraża mnie, że mam 34 lata. Nawet jeszcze nie zaczęłam realizować jakichkolwiek swoich marzeń czy planów, bo coś we mnie złamano.

Dlatego też z końcem października będę zamykać tego bloga. Był dla mnie zapisem moich zmagań, moich trudności, mojej walki, a w obecnej chwili czuję się naprawdę samą sobą rozczarowana. Że zajęło mi to tyle lat. Że nadal nie doszłam do końca. I że, gdy spotykam się z kimś, kogo nie widziałam od dekady, czuję się naprawdę żałosna. Bo spędziłam te lata walcząc z kamieniem, który mi zwalono na plecy. Nie osiągnęłam nic, o czym mogłabym komuś przy kawie opowiedzieć.

A czuję, że powinnam była poradzić sobie lepiej.

W końcu wszyscy wokół mnie sobie radzą, prawda?

Zamykam też tego bloga, bo nie wydaje mi się, bym mogła komukolwiek w jego zmaganiach pomóc. Bo nie mogę uwierzyć, że tyle lat zajęło mi ruszenie z miejsca. Ten blog mi o tym przypomina. A nie chcę o tym pamiętać.

Jeśli więc jesteś, Czytelniku Drogi, gdzieś tam osobą zatrzymaną w życiu, zamrożoną, lata ciekną Ci przez palce i chociaż wiesz, że masz wystarczająco dużo wewnętrznych zasobów, by coś zbudować, jakoś…no… nie udaje się… nie obwiniaj siebie. To nie jest tak, że nie jesteś wystarczająco silny. Po prostu najpierw musisz zrobić coś innego. Ale musisz to zrobić sam. Nikt nie da Ci odpowiedzi, nikt nie wybije Cię z tego odrętwienia, musisz podnosić się i upadać, podnosić się i upadać, aż staniesz na nogi samodzielnie.

To nie jest fair, gdy widzisz, że innym wokół ciebie nigdy nóg nie podcięto. To wkurza. To boli. Strata lat, utrata pierwszej młodości tylko dlatego, że ktoś w moim dzieciństwie zawalił sprawę dokumentnie… oddanie tych lat, by nigdy ich nie odzyskać… to boli. Ale nie ma innej drogi. Jest tylko ta jedna.

Można tylko iść nią dalej i liczyć, że gdzieś tam ów los, który sprawił, że doświadczyliśmy przemocy zbyt wcześnie, by nie zostać przez nią kompletnie rozbitym… ten los w przyszłości jednak to wynagrodzi.

Musi.

Żeby człowiek nie oszalał z żalu i gniewu.

Musi.

 

2 thoughts on ““Czy naprawdę zajęło mi to tyle lat? To jest nie fair!” – o podnoszeniu się spod ogromnego ciężaru

  1. Dlaczego o tym nie można mówić ludziom? Dlaczego się zamykamy sami w sobie? To, że każdy będzie zszokowany takimi tematami to nie powinno dziwić, i to że osoba pewnie będzie ciekawa jak sobie z tym radzisz lub będzie starała się pomóc albo nie zareaguje bo czasami niektórych rzeczy ciężko pojąć tak szybko. Ja dzięki Twojemu blogowi nauczyłem się na swój sposób komunikować się ze samym sobą jak i z pewną dziewczyną. I to jest najlepsze w tym, że sami siebie blokujemy dopóki o tym z kimś kto ma naprawdę czystą duszę zrozumie nas. Nawet nie musi odpowiadać, to że ktoś nas wysłuchał i chce nadal z nami spędzać czas to już jest coś co powinno świadczyć o tym, że pomimo bólu, który w nas drzemie jest ktoś kto nas rozumie.
    Ja tak samo ostatnio rozważam to, że nic nie osiągnąłem przez mój brak ambicji, że nie jestem równie inteligentny co reszta, że posiadam jak to mawia często Puchatak “Jestem Misiem o Bardzo Małym Rozumku i długie słowa sprawiają mi wielką trudność.” I pomimo tego iż staram się spełniać marzenia, plany robić coś dla siebie to zawsze będzie dla mnie to za mało bo przez tą perfekcyjność, którą mam w sobie ona mnie bardziej zabije niż to że nauczę się żyć bez niej.
    Nikt z nas nigdy na nic nie jest przygotowany, uczy się z dnia na dzień. A to że powinnaś lepiej sobie poradzić jest nieprawdą nikt nie będzie Tobą i czuł tego co Ty czujesz ale każdy zareaguje to w sam na swój własny sposób. Wystarczy żyć i wierzyć w siebie i swoje możliwości. A to że czas płynie szybko to fakt nie da się go zatrzymać ale lepiej dotrzeć do własnego celuj później niż wcale.
    Nie wiem czy jeszcze umieścisz jakiś post na blogu ale to była przyjemność móc czytać Twoje życie na kartach blogu. Udało mi się dzięki Tobie zrozumieć parę spraw jak i zrozumieć że są podobni ludzie którzy czują otoczenie w podobny sposób. Gdzie lawina musi być cicho.
    Musi?

    1. Hej Łukaszu,
      Z całego serca Ci dziękuję za napisanie, bardzo mnie poruszyły Twoje słowa. Nadal jeszcze się zastanawiam, co robić z tym blogiem, co generalnie robić ze wszystkim… pomyślę. Na pewno napiszę jeszcze o książce która koniec końców popchnęła mnie w kierunku takiej zaskakującej zmiany, kiedy nagle “poczułam” siebie zupełnie inaczej.
      Bardzo, bardzo dziękuję Ci za piękne słowa i za wsparcie. Jest dla mnie szalenie cenne. Pozdrawiam serdecznie!

Leave a Reply