Co osiągnę jeśli tego nie osiągnę – o dziwacznym podejściu do celów.

Podobno moje podejście do szukania sobie celów i realizowania ich jest dziwaczne 🙂 Takie słowa słyszę czasami, gdy z jakiegoś, kompletnie dla mnie samej niezrozumiałego, powodu zdecyduję się w przypadkowym towarzystwie podzielić swoimi przemyśleniami na ten temat. Kiedy “mnie najdzie” (jakby jakiś diablik budził się we mnie z przydługiej drzemki i szeptał uparcie na ucho: “Powiedz im, powiedz im!”) potrafię mówić gorąco i z zapamiętaniem przez dobre piętnaście minut, zanim sobie uświadomię, że wokół zapadła specyficzna cisza, a miny zebranych nieco się… wydłużyły.

Faktem jest, Czytelniku drogi, że zazwyczaj jest to grono przypadkowe, jak spotkanie ze znajomymi z pracy, “jednorazowymi współpodróżnymi” z dzielonego przedziału… Czasem po prostu człowiek czuje potrzebę powiedzenia czegoś prawdziwego o sobie komuś… komukolwiek… im bardziej przypadkowemu, tym lepiej 🙂

Tak czasami bywa ze mną… i z mówieniem o celach.

Wyznaczyć je nie jest tak naprawdę trudno, zazwyczaj wszyscy potrafimy powiedzieć, czego byśmy chcieli. Zazwyczaj pierwsza rzecz, która nam przychodzi do głowy jest bardzo ogólna (chcę być szczęśliwa, chcę mieć rodzinę, chcę odnieść sukces w pracy…) ale przychodzi bardzo szybko. WIEMY, czego chcemy. Lub raczej – czego byśmy bardzo pragnęli, gdyby coś nam nie przeszkadzało… tak zazwyczaj jest ze mną.

Kiedy staram się ubrać takie ogólne stwierdzenie (np. chcę być szczęśliwa) w szczegóły i wyobrazić sobie dokładniej, co dla mnie oznacza bycie szczęśliwą… tu już zaczynają się schody. Nadal jestem jednak w stanie wspiąć się po nich, może potykając co czas jakiś, i podać na przykład pięć przykładów, KONKRETNYCH przykładów, co dla mnie oznacza bycie szczęśliwą. Np. dla mnie osobiście byłoby to wydanie książki, zbudowanie relacji w których jestem widziana naprawdę itp…

Do tego momentu przypadkowi współpodróżni lub inni słuchacze kiwają jeszcze zazwyczaj głową ze zrozumieniem, w końcu taki plan nie różni się od typowego podejścia. W następnej jednak chwili zatrzymują się w pół głownego kiwnięcia, bo następne pytanie które sobie zadaję w odniesieniu do każdej z tych konkretnych sytuacji to… DLACZEGO?

DLACZEGO chcę akurat tego? DLACZEGO miałoby mnie to uszczęśliwić? Wbrew pozorom odpowiedź na to pytanie nie jest wcale prosta, zwłaszcza, gdy człowiek usiądzie sam w pustym pokoju i powie sobie, że przez następne pięć minut (tylko pięć minut) będzie z samym sobą całkowicie szczery. Moje odpowiedzi to na przykład… “Bo tak trzeba” (trzeba? Według kogo? Społeczeństwa? Mojej rodziny?) “Bo uszczęśliwiło to kogoś innego” (to tak naprawdę nie jest takie złe podejście, spróbować czegoś i kto wie? Może… ?), “Bo da mi to coś, czego bardzo pragnę” (Ale dlaczego tego pragnę – tu już zaczynają się kolejne schody), “Bo uszczęśliwi to kogoś, kto jest dla mnie ważny” …

Czytelniku drogi, absolutnie nie mam tutaj na celu jakiegokolwiek wartościowania czy oceniania, które motywacje są złe, a które dobre. Moim zdaniem nie ma jednej odpowiedzi na takie pytanie, każdy musi znaleźć swoją własną. Dla mnie najlepszą okazuj się zawsze koniec koChciałabym tylko podkreślić, że w realizowaniu celów NIC NIE JEST WAŻNIEJSZE, NIŻ ZROZUMIENIE WŁASNYCH MOTYWACJI. One popchną nas dalej, one nie pozwolą nam się poddać.

Chyba, że…

Jest wiele rzeczy, których bardzo pragnę. Ale z jakiegoś powodu… no… staram się… próbuję… ale… normalnie nie mogę! Nie mogę ich zdobyć! Pracuję uczciwie przez lata, walczę o coś, drę się pazurami i naprawdę tego chcę… ale, no, nie wychodzi mi. Tu bowiem trafiamy na pierwszy przykład, gdy nasze motywacje działają przeciwko nam. W moim przypadku okazuje się zawsze, że pod pierwszą motywacją leży inna, głębsza. Innymi słowy – więcej osiągnę jeśli czegoś NIE osiągnę. Na przykład akceptację ludzi, którzy są dla mnie ważni. Każdy z nas ma przyjaciół których ma tylko tak długo, jak długo coś nam nie wychodzi. Tracimy zaś ich w momencie, w którym poszczęści nam się w życiu. Jasne, że możemy sobie powiedzieć, że nie są to nasi prawdziwi przyjaciele, co jednak kiedy w grę wchodzi nasza rodzina?

Inny przykład – bezpieczeństwo. Czasem po prostu bezpieczniej jest czegoś nie osiągnąć (np. bardzo chciałabym wydać książkę, ale co jeśli okaże się niewypałem?). Spokój jest ogromną korzyścią, motywującą o wiele silniej niż inne rzeczy.

Znów, absolutnie nie dzielę tu motywacji na dobre i złe, jeśli jednak zrealizowanie celu przed dłuższy czas mi nie wychodzi, zawsze siadam w (koniecznie pustym) pokoju i zapytuję siebie: “Co osiągam przez to, że tego nie osiągam?”. I zawsze znajduję odpowiedź.

To jest jedna sytuacja, gdy prawdziwe, leżące głębiej motywacje będą sabotować wszystkie nasze wysiłki. A głębsze motywacje zawsze mają większą siłę. Druga, według mnie, polega na tym, gdy nasze motywacje są negatywne. Tutaj KRÓLUJE CAAAŁY PRZEMYSŁ KOSMETYCZNY! Przez lata atakujący głównie kobiety, obecnie znęcający się też nad mężczyznami. Sama istota jego istnienia opiera się na przekonaniu człowieka, że sam w sobie nie jest wystarczająco dobry. Że to, co reprezentuje sobą, to za mało. Że powinien się wstydzić.

WSTYD… to jest straszna motywacja, która od lat próbuje popchnąć mnie w kierunku schudnięcia. Zabawne, że spadło mi 12 kilo w momencie,w którym moja waga przestała być kompletnie dla mnie ważna. Przestałam się przez nią definiować. Straciłam motywację opartą na wstydzie. Wtedy waga poleciała mi sama.

Jak więc widzisz, wytrwały Czytelniku, moje podejście do celów jest bardzo… ekhm… filozoficzne. Z doświadczenia jednak wiem, że gdy dobiję się do swoich prawdziwych motywacji, uczciwie odpowiem sobie na pytania : DLACZEGO czegoś pragnę oraz CO OSIĄGNĘ jeśli tego nie zdobędę… moje cele bardzo często…

Okazują się niewarte czasu i wysiłku.

Naprawdę!

Okazują się wmuszonymi mi do gardła przez kogoś innego sztucznymi potrzebami albo okazują się próbą zaspokojenia potrzeb z dawnych lat, których już, niestety, zaspokoić nie dam rady.

Siadam więc (tak, raz jeszcze w pustym pokoju) i wymyślam inne. Bardziej zgodne ze mną, z moim prawdziwym wnętrzem. Staję się bardziej świadoma tego, kim jestem naprawdę i czego rzeczywiście pragnę. Dopiero wtedy rozpisuję sobie plan, krok po kroku, jak do czegoś dojść… i zabieram się do roboty.

Zawsze okazuje się, że mam przed sobą naprawdę dużo pracy… ale też zawsze mam wystarczająco silne, prawdziwe MOTYWACJE by się nie poddać 🙂

 

4 thoughts on “Co osiągnę jeśli tego nie osiągnę – o dziwacznym podejściu do celów.

  1. Też mam bardzo silne pokusy by się otwierać przed innymi, czy to w pracy czy to wśród znajomych, lecz nierzadko nie wychodziło mi to na zdrowie. Bardzo długo się otwierałem przed kim popadnie, jeśli wzbudzał choćby jakieś nikłe zaufanie, lecz często taka osoba nie umiała się zidentyfikować, albo nie daj Boże, zaczęła oceniać, czy wręcz wartościować to co mówię, co mnie bolało. Bardzo długo nie potrafiłem dojść do przyczyny tego stanu i dlaczego ciągle właziłem w to samo zachowanie i dlaczego było to dla mnie takie ważne. Szukałem głębszej relacji, zrozumienia, akceptacji, lecz większość osób nie była w stanie się otworzyć, czy nie chciała, a ja pozostawałem z poczuciem zawodu. Moje ostatnie refleksje i obserwacje, a przede wszystkim gdy poczułem i zrozumiałem moją wrażliwość bardzo pomogły dojrzeć co jest dla mnie ważne w relacjach z innymi ludźmi, a jest to głębia. Szukam głębszych relacji, gdzie ja mogę coś o sobie powiedzieć, lecz również gdzie druga osoba jest w stanie to zrobić, szukam relacji w której jestem traktowany na równi, ani jako gorszy ani jako lepszy, bo zaraz zaczynam się czuć niekomfortowo i wyczuwam tą nierównowagę.

    Miałem ostatnio sytuację, w której czegoś pragnąłem tak bardzo, że wręcz byłem gotów poświęcić swój wewnętrzny spokój dla tego czegoś. Podjąłem działanie, lecz sprawiło to, że zacząłem mieć obsesyjne myśli, które mnie niesamowicie drenowały. Już na następny dzień wycofałem się i zagubiony zacząłem się zastanawiać: o co tutaj chodzi? Dlaczego jestem gotów robić to coś, skoro mnie to kosztuje tak mocno? Rezonowało mi bardzo silne, wręcz obsesyjne pragnienie, jak się mu przyjrzałem to zorientowałem się, że pod spodem było drugie dno – pod tym dobrym pragnieniem miałem niezdrowe dla mnie motywy. Generalnie chodziło o pokazanie sobie, że potrafię być taki a nie inny, o dowartościowanie siebie. Wraz z tym przyszła mi refleksja, że przecież nawet jak uda mi się to pragnienie spełnić to nie będę szczęśliwy, nie z taką motywacją, dlatego ważne było dla mnie by dążyć ku temu w wolności od obsesji, z czystą i klarowną motywacją – jak mam tego efekt? Wewnętrzną zgodę i spokój, gotowość, by czekać na moment aż będę rzeczywiście gotowy wykonać kolejny krok, a nie przeć ku niemu niczym buldożer, bo to akurat nie wychodziło mi na zdrowie. To mi właśnie pokazuje, jak ważne dla mnie są zdrowe motywacje w moich dążeniach, bo niezdrowe odbierają mi pogodę ducha i samoakceptacji.

    Pozdrawiam!

    1. Tak, kwestia motywacji cały czas bardzo mnie frapuje, rzeczywiście, masz rację, ułożone są one warstwowo, pod spodem znajdujemy drugie dno, to które okazuje się jeszcze ważniejsze. Szukanie głębi to cecha bardzo charakterystyczna również dla mnie, osoby które znają mnie dobrze wiedzą, że każdy temat nieodmiennie w dyskusji “ciągnę w głąb” 🙂 Dałeś mi, Danielu, do myślenia, bo uświadomiłam sobie właśnie, że często relacje rwą mi się i nikną przez jakieś drobiazgi. Np. ktoś mnie raz potraktuje jak przedmiot albo przeleje na mnie raz swoją złość i sytuacja nakręca się w poważną sprawę. Dochodzę do wniosku, że u mnie takim “drugim dnem” jest bezwzględna potrzeba bycia prawdziwą. Taką w pełni prawdziwą, co się w świecie nie sprawdza. Więc jeśli ktoś mnie źle potraktuje nie ma takiej możliwości, bym to zbyła, ukryła, zlekceważyła. Nie ma szansy, by coś zostało niedopowiedziane, by jakieś drobne niechęci czy zatargi się gromadziły, u mnie musi być wyłożona kawa na ławę, by relacja mogła budować się i pogłębiać “czysto”. Widzisz, zastanowiłam się nad sobą czytając Twój komentarz i myślę, że dlatego szybko tracę ludzi. Większość osób po prostu odpuszcza, nie przeżywa albo gromadzi te drobne zadry i nic z nimi nie robi. Mnie motywuje potrzeba bycia w pełni prawdziwą. Zastanowię się teraz, czy nie posuwam się w tym jednak trochę zbyt daleko? Czy nie jest lepiej czasem po prostu… odpuścić? Pomyślę. Dzięki za napisanie! Pozdrawiam!

  2. No ja się przekonałem co najmniej w ostatnich miesiącach, że warto być prawdziwym, bo jak nie powiem to zaczynam się czuć coraz gorzej. Czego mi czasami brakuje to umiejętności konstruktywnego podejścia do sprawy, potrafię jak mnie coś zdrowo wkurzy, zachować się agresywnie (podnieść głos, rękoczynów nie uprawiam :P), z drugiej strony jak się wstrzymuję z mówieniem czegoś, a sytuacja powtarza się nagminnie to złość się zaczyna kumulować i efekt mam ten sam. Przekonałem się, że delikatne zwrócenie komuś uwagi na jakieś drażniące mnie zachowania może przynieść najlepszy skutek, a też pokazuje na ile druga osoba mnie szanuje, jeśli mimo to robi dalej swoje, to uważam że mam prawo się wkurzyć i postawić granicę, z resztą taka osoba po prostu traci w moich oczach wtedy. Zdałem sobie sprawę, że pragnę być akceptowany, lecz przed tym chcę być szanowany.

    Z drugiej strony zdałem sobie sprawę już kiedyś, że nie muszę się przed wszystkimi otwierać, ba, nawet jest to dla mnie niezdrowe. Nie każdy jest gotów na takie otwieranie się, a w dodatku wiele osób po prostu nie wie co z tym zrobić, a ja potem cierpię bo nie dostaję czego oczekuję albo, nie daj Boże, ktoś to wykorzysta przeciw mnie (choć od bardzo dawna mi się to nie zdarzyło), a ostatnio nawet miałem sobie za złe, że się tak otwierałem, bo de facto ciągle wystawiałem na ostrzał tą najbardziej wrażliwą część mnie, nie dbałem o nią, nie szanowałem sam siebie a potem bałem się oceny. Teraz stałem się trochę bardziej powściągliwy, a z drugiej strony zacząłem weryfikować moje dotychczasowe znajomości pod tym kątem. Zorientowałem się, które osoby są gotowe na taką relację, bądź sami jej pragną i to są dla mnie obecnie najcenniejsze kontakty. I o takie kontakty szczególnie pragnę dbać i poszerzać 🙂

    1. Hej, to szalenie cenne, znaleźć takich znajomych którzy są gotowi na głęboką, prawdziwą relację. I rzeczywiście w obecnym świecie niełatwe. Taki proces weryfikacji wymaga odwagi także – szacun 🙂 Ja swego czasu też pozwoliłam odejść paru osobom ze swojego życia. Nie było to łatwe ale koniec końców wyszło mi na dobre. Pozdrawiam!

Leave a Reply