“Co mi pomogło w poradzeniu sobie z traumą?” – o książkach, samoukojeniu i jodze

Kiedy, kiedyś czytałam gdzieś albo słyszałam, że joga jest taka cenna, taka pomocna, że łączy się z głębszą filozofią, gdzieś tam niby w to wierzyłam, ale nie tak do końca.

No bo, jak to! Robi człowiek parę ćwiczeń, trochę pooddycha i niby od tego ma mu być lepiej.

Zaczęłam jednak ćwiczyć jogę jakieś półtora roku, może dwa lata temu. Po prostu według jakichś filmików na youtube oznaczonych jako joga dla początkujących (najbardziej mnie kusiła taka na schudnięcie 🙂 ) Przez jakiś czas ćwiczyłam naprawdę regularnie i rzeczywiście widziałam, że ćwiczenia idą mi coraz lżej.

Schudnąć, nie schudłam, w moje życie nie zakradła się jakaś głębsza filozofia, chciało mi się jednak wracać do tego codziennie, miałam silniejsze mięśnie i… no… było ok. Ale potem jakoś mi przeszło.

To było, Czytelniku drogi, podczas tej mojej szalonej walki o siebie. Gy zaczynałam tego bloga, joga była dla mnie drogą do jakiegoś ogarnięcia mojej wysokiej wrażliwości, poradzenia sobie z nią i ze światem i również była częścią walki, którą toczyłam z doświadczanym codziennie bólem i koszmarami, w których powracała moja przeszłość. Jednak było to NA DŁUGO PRZED TYM, gdy na horyzoncie moich myśli pojawiło się słowo “trauma”.

No dobrze, to nie jest do końca prawda. Myślę, że podświadomie zawsze gdzieś tam wiedziałam, że tak naprawdę to właśnie TO słowo najlepiej opisuje moje doświadczenia. Spędziłam jednak 14 lat wykorzystując wszystkie inne możliwości, by nie musieć radzić sobie z przyczynami… z tą najgorszą przyczyną, której człowiek nie chce dopuścić nigdy do myśli. Za żadne skarby. W głębi JUŻ WIE, że właśnie to go spotkało ale zrobi wszystko, byle tylko móc uwierzyć, że było to cokolwiek innego.

Czytelniku drogi, nieważne, co tak naprawdę leżało w moim owym ostatecznym pudełku (w sensie jakiego doświadczenia po prostu nie mogłam zaakceptować). Otworzenie go było straszne. Zobaczenie jego wnętrza sprawiło, że musiałam pogodzić się z myślą, że jestem w stanie traumy. Ale od tego momentu zaczęło się moje uzdrowienie.

O Levinie, od którego moja praca nad traumą się zaczęła, już wspomniałam tutaj: TUTAJ

Kilka prostych ćwiczeń proponowanych w tej książce wywołało u mnie tak silną reakcję, że nie potrafiłam już zaprzeczyć, że słowo “trauma” jest tym, na którym powinnam się skupić. Po zapoznaniu się z jeszcze jedną książką Levine’a (“Obudźcie tygrysa”), zaczęłam szukać bardziej szczegółowych sposobów na poradzenie sobie z traumą. Uznałam bowiem, że skoro nazwałam w końcu swój problem, teraz pora poszukać konkretnych rozwiązań.

Wróciłam więc do jogi.

Czytelniku drogi, z góry bardzo przepraszam ale niestety muszę skupić się na książkach anglojęzycznych, mogę polecić Ci tylko takie ponieważ większość mojej pracy związanej z przepracowaniem skutków traumy opierało się w moim przypadku na anglojęzycznej literaturze. Jeśli masz do polecenia książki polskojęzyczne związane z tym tematem, bardzo proszę, daj znać. Ja czytałam angielskie, bo tej literatury jest po prostu więcej.

Skupiłam się na dwóch:

  • “Overcoming trauma through yoga” David Emerson, Elizabeth Hopper
  • “Yoga for emotional trauma” Mary NurrieStearns, Rick NurrieStearns

Książka “Overcoming trauma through yoga” niby nie dała mi nic wielkiego. Jest tam opisane rozumienie traumy, trochę o historii jogi, duża część książki jest skupiona na wskazówkach dla trenerów i terapeutów, jak organizować zajęcia jogi dla osób z doświadczeniami traumy. ALE warto ją było przeczytać dla jednej, najważniejszej rzeczy. Ta książka kładła ogromny nacisk na to, że JOGA MA NIE SPRAWIAĆ BÓLU! Osoby po doświadczeniach traumatycznych mają ogromny problem z czuciem własnego ciała i też często są tak przyzwyczajone do chronicznego doświadczania różnie rozumianego bólu, że jest on czymś w życiu oczywistym. Joga też, jak rozumiałam ją dotychczas, ma rozciągać ciało, pomagać popchnąć je gdzieś poza dotychczas rozumiane granice giętkości. Zawsze ćwiczyłam ją więc w taki sposób, by dać z siebie wszystko. By właśnie bolało tak, ile tylko dam radę wytrzymać. Bo jestem perfekcjonistką. Bo nauczono mnie w życiu, że muszę dawać z siebie wszystko i nieważne, czy mnie boli. Bo tylko wtedy zasłużę na miłość.

Ta książka jako najważniejszą, podstawową sprawę przy ćwiczeniu jogi dla osób po traumie emocjonalnej stawiała ten moment, gdy cofamy się z ćwiczeń, gdy bolą. Cofanie się w rozciąganiu ciała tylko do takiej granicy, gdy to rozciąganie nie boli ani odrobinę. Autorzy dużo piszą o tym, że najważniejszym celem jogi przy pracy nad traumą jest właśnie danie człowiekowi poczucia własności własnego ciała, tego, że może SAM decydować, że go nie boli. Jest to ważniejsze zadanie, niż rozciągnięcie mięśni. Jest to najważniejsze ćwiczenie, jakie można samemu sobie zaproponować. I największe wyzwanie. Czyli największym sukcesem było NIE wykonanie ćwiczenia jak najlepiej, a COFNIĘCIE go delikatnie, odrobinę, gdy choć odrobinkę zabolało.

Spróbowałam więc poćwiczyć wieczorem jogę zwracając największą uwagę na to, by ani przez chwilę mnie nie bolało. Albo mówiąc dokładniej, by COFNĄĆ SIĘ, gdy choć troszkę zaboli. Skutek okazał się wręcz niewiarygodny. Gdy teraz o tym myślę, czytelniku drogi, był to kluczowy moment w mojej pracy nad traumą. Ćwiczenie codziennie właśnie po to, by wykonać ten ruch cofnięcia i rozluźnienia ciała, gdy zaboli. To był mój jedyny cel ćwiczenia jogi. Doświadczyć tego, że mogę się cofnąć, gdy zaboli. Proste. Dziecinnie proste. Okazało się dla mnie bardzo dużym wyzwaniem. I, co jest bardzo smutne, gdy się o tym pomyśli, kompletnie nowym doświadczeniem w życiu.

Nie potrafię wyjaśnić ani podkreślić znaczenia tego zjawiska tak pięknie, jak zrobili to autorzy książki. Trzeba by przeczytać całą pozycję, niestety, wedle mojej wiedzy, nie została przetłumaczona na język polski. Postanowiłam tutaj podać Ci, Czytelniku, ten najważniejszy wniosek z myślą, że może cię zainspiruje. Nie potrafię dostatecznie podkreślić, jak taka zmiana podejścia zmieniła moje podejście do całej jogi. I jak od tamtego czasu joga zaczęła mi pomagać.

Książka “Yoga for emotional trauma” okazała się dla mnie prawdziwym skarbem, bo podaje bogaty, różnorodny program pracy nad traumą, którego rdzeniem jest zadbanie o siebie, samoukojenie. Program ćwiczeń jogi (skupiający się na przechodzeniu przez czakry w celu zharmonizowania ich energii) jest tylko częścią tej pozycji. Poza tym podaje bardzo bogaty asortyment narzędzi do wdrożenia w codzienne życie w celu nauczenia się tego, co dla osób po traumie emocjonalnej jest najtrudniejsze – UKOJENIA SIEBIE.

Autorzy bardzo szczegółowo opisują skutki traumy i na każdy podają szereg technik które pozwalają nauczyć się tego, czego nie zostało się nauczonym w dzieciństwie. Jest to książka skupiająca się na takiej traumie właśnie, emocjonalnej, której jednym ze skutków jest po prostu to, że człowiek NIE ZNA sposobów na ukojenie siebie. Nie ma narzędzi, by ogarnąć te straszne skutki traumy, bo po prostu nigdy się nie nauczył, jak koić ból i dbać o siebie. Mi szczególnie spodobało się głaskanie ciała mówiąc mu jednocześnie czułe słówka, głębokie oddychanie (poświęcenie pięciu minut dziennie tylko na skupienie na oddechu, nie więcej, tylko parę minut), mówienie złym myślom czegoś w stylu: “Rozumiem, że tu jesteś” po czym puszczenie ich.

Myślę, że akurat na temat technik samoukojenia można znaleźć również literaturę polskojęzyczną, ta książka, która dla mnie okazała się prawdziwym skarbem, również niestety, wedle mojej wiedzy, nie została przetłumaczona na język polski. Jednak jeśli ktoś jest w stanie zmierzyć się z literaturą anglojęzyczną, polecam z całego serca. Osoby zaś które nie mogą zachęcam do poszukania w temacie samoukojenia literatury polskojęzycznej. Jeśli znajdziesz, Czytelniku, coś ciekawego, koniecznie daj znać. Podsuniemy innym 🙂

Czytelniku, pomyślałam, że napiszę ten wpis by przybliżyć Ci narzędzia, które pomogły mi w dojściu do miejsca, w którym teraz jestem. Jeśli towarzyszysz mi w Cichej Lawinie już od jakiegoś czasu, wiesz, że ta droga nie była łatwa. Na pewno każdy musi poszukać własnej, warto też z pewnością, często to zaznaczam, pracować jednocześnie z terapeutą.

Pomyślałam jednak, że podsunę Ci to, co pomogło mi.

Czytelniku, mam na koniec jeszcze jedną myśl. Zarówno z jogą, jak i wszystkimi ćwiczeniami na samoukojenie naprawdę kluczowa okazała się… regularność i wytrwałość. Wiem, nikt z nas tak naprawdę nie lubi tych słów. Jednak ćwiczenie jogi 20 minut codziennie jest dla mnie teraz tak naturalne, jak oddychanie. Wszystkie techniki na samoukojenie trwają 3-5 minut, ważniejsze jednak było to, by rozbić je po całym dniu. Przygotowałam więc sobie taki grafik, w którym rozpisałam wszystkie swoje ulubione techniki i nie tyle wyznaczałam sobie, które tego dnia muszę zrobić, ile codziennie zaznaczałam, które wybrałam.

Czułam się więc swobodna w wyborze. I rzeczywiście pracowałam w ten sposób codziennie. Regularność okazała się naprawdę kluczowa. Ciało, duch, cała istota osoby w stanie traumy (przynajmniej takiej, jaka dotknęła mnie) jest cały czas gnana przerażeniem i stanem zagrożenia życia, adrenalina krąży w żyłach, zmysły są naprężone, umysł “podskakuje za lada dotknięciem”. I nic nie da mówienie sobie, że przecież człowiek jest bezpieczny! Bo ja na przykład nie pamiętam, żeby kiedykolwiek zdarzyło się coś, co by mi jakoś zagroziło! Nie doświadczyłam wojny ani nagłego wypadku… więc stan zagrożenia wydawałby się nielogiczny!

A tak właśnie działa trauma emocjonalna. Przynajmniej w moim jej rozumieniu.

Dlatego tak zbawienne są krótkie, proste ćwiczenia które na chwilkę to ciało uspokoją. Ono zaraz się znów napnie i rozpędzi, bo nie ma wyjścia (a człowiek nawet nie będzie tego świadomy). Przez tę chwilę jednak odpocznie. Z każdym kolejnym dniem i tygodniem te techniki wsiąkają głębiej, ciało zaczyna rozumieć nowy… sposób życia. Tak to powiedzmy. Nowy sposób oddychania, czucia siebie, jedzenia, chodzenia… właśnie dlatego takie regularne, codzienne wtrącane w przebiegu całego dnia, krótkie, trzyminutowe ćwiczonka dają tak piękny efekt.

Czytelniku, gdy rzeczywiście wszystko we mnie zaczęło się harmonizować i uspokajać… to było piękne uczucie. NOWE. Wyzwalające. Wtedy zrozumiałam, że reszta mojego życia musi być skupiona na… robieniu wszystkiego tak, by odpocząć. Tak, by był w tym spokój. Jestem teraz gotowa przeorganizować wszystko, byle został mi czas na mój spokój. Już tych ćwiczeń nie potrzebuję, moje ciało nauczyło się uspokajać samo, bo tak naprawdę to jest jego naturalny stan. Trzeba mu tylko przypomnieć.

To był mój drugi krok w pracy nad traumą. Potrwał kilka tygodni. Zmienił wszystko. Od tamtej pory robię wszystko, by rdzeniem moich dni było moje ukojenie i spokój. To nie był krok ostatni, po nim musiałam zrobić jeszcze kilka innych rzeczy. Ale teraz, gdy już jest po wszystkim, nadal uważam samokojenie i dbanie o swój spokój z coś, dla czego jestem gotowa poświęcić wszystkie inne priorytety. Bo nareszcie nie czuję chronicznego bólu.

Leave a Reply